Януш Корчак – Kajtuś Czarodziej (страница 4)
– Pewnie, że nie wie, co gada. Sam się możesz domyślić.
Zatrzymali się przed fotografem.
– Wejdę z tobą.
– Jak sobie chcesz.
Wchodzą.
– Ile kosztuje pół tuzina gołębi?
– Jakich wam znowu gołębi?
– Pocztowych, gabinetowych. Będziemy trzymali gołębie na kolanach.
– A pieniądze macie?
– Jeszcze nie. Ale się postaramy.
– Naprzód się postarajcie, a potem przyjdziecie.
– Co pani z nimi gada? – wtrącił się pan w okularach. – Tu się tylko ludzi fotografuje. I osły.
Wychodzą.
Kajtuś milczy.
Przypomina sobie:
„Ten nazwał mnie osłem, tamten smarkaczem. Ta wodą oblewa, tamten zerwał się do bicia. A dlaczego? Bo nie mam pieniędzy. Gdyby tak mieć złotówkę, wszyscy byliby grzeczni. I do kina wpuszczą. I wodę dadzą – nie tylko czystą, ale z sokiem”.
– Ile już było sklepów?
– Osiem.
– Nieprawda, bo dziewięć.
– Może się pomyliłem.
Zaczęli liczyć: razem z przekupką – dziewięć.
– No jazda!
Do następnego sklepu znów weszli razem.
– Proszę pokazać pasek.
Patrzy, przekłada, przymierza. Ogląda klamrę. Liczy dziurki. Chucha, wyciera. Grymasi.
Ten pasek za cienki, ten za ciemny, tamten za szeroki.
A panienka co jeden położy, to drugi zaraz chowa do pudła.
„Boi się, że ukradnę” – pomyślał Kajtuś.
Nic dziwnego. Różni się w sklepach kręcą. Przychodzą – nudzą – nie kupują. I naprawdę ukraść próbują.
Kajtuś wie, ale się gniewa, że podejrzewają.
A o koledze myśli:
„Jaki on teraz odważny. Wchodzi ze mną razem, a gęby nie umie otworzyć”.
Ano, wybrał pasek: ładny skautowski8.
– Ile kosztuje?
– Dwa złote pięćdziesiąt groszy.
– Za drogo.
– Ile kawaler myślał?
– Kolega kupił taki za czterdzieści groszy.
– To idź tam, gdzie kupił kolega.
– Dobrze, pójdziemy.
– Znaleźli się mądrale. Jeden wybiera, a drugi się rozgląda. Znamy was.
– I ja panią znam.
Nawymyślała i przegoniła.
– A co byś zrobił, gdyby oddała?
– Głupi jesteś.
Kajtuś wie, co by zrobił. Szukałby po kieszeniach, niby że zgubił pieniądze.
Ale mówić nie chce, niech się sam domyśli.
– Więc jutro fundujesz kino.
Zatrzymał się i czeka na odpowiedź.
Kolega się zawahał.
– Poproszę ojca, pewnie da.
– A jak nie da?
– To już na pewno w przyszłą niedzielę.
Kajtuś skrzywił się i machnął niechętnie ręką. Pomyślał:
„Ot, zakładaj się z takim szczeniakiem…”
W sklepie z papierosami pożałowali Kajtusia.
Stanął nieśmiało w kącie i czapkę gryzie.
– Czego chcesz, mały?
– Kiedy się wstydzę.
– Mów, nic ci nie zrobię.
– Bo majster kazał kupić trzy papierosy.
– Jakie?
– Brzydko się nazywają.
– Gadaj śmiało.
– Powiedział, że nabije9, jak nie przyniosę.