Януш Корчак – Kajtuś Czarodziej (страница 15)
Kajtuś czerwony zacisnął zęby. Stoi – czeka.
Zostali we dwoje.
– Dziękuję ci, Antosiu – mówi pani.
– Dlaczego mnie drażnią? Dlaczego przeszkodzili?
– Zastanów się. Jesteś rozumny człowiek.
Zdziwił się: „Człowiek?”.
A pani mówi:
– Ty chciałeś słuchać po dzwonku, a oni nie. Mieli prawo nie chcieć. A ty nie przeszkadzasz nigdy? Nie trzeba być takim porywczym.
Powiedziała pani: „porywczy”, nie: „złośnik”. Dziadek też był porywczy.
Pani wyszła.
Kajtuś został sam w klasie.
Stało się.
Już wie.
Już wie teraz.
Ten chłopak prawdę powiedział!
Już wie zupełnie na pewno.
Chce być czarodziejem!
Nie paziem królewskim, nie rycerzem, nie cyrkowcem i nie kowbojem. Nie magikiem, co sztuki pokazuje. Ani Ali Babą, ani detektywem.
A właśnie czarnoksiężnikiem.
Teraz już wie stanowczo. A przeczuwał dawno.
Już nawet wtedy, gdy był mały, gdy mama czytała bajki, gdy ojciec o dawnych dziejach prawił, a babcia opowiadała o dzikim winie, o szczurach i o starym zegarze.
Nawet nie siłaczem jak Herkules, i nie gwiazdą filmową. Ani bokserem, ani lotnikiem.
Chce i musi poznać wszystkie zaklęcia.
Chce być potężny…
Ten chłopak prawdę powiedział…
Mówi pani, że nie ma zaklęć ani czarów.
Nieprawda. Muszą być. Są. Pani ich nie zna. Bo co innego książki szkolne, a co innego wiedza tajemna.
Sam Mickiewicz pisał o Twardowskim. I królowie wierzyli. Więc musi być prawda.
Pewnie astrolog tak czytał gwiazdy jak Kajtuś w książce litery. Jest. Musi być eliksir na wszystkie choroby, tylko go zwyczajni doktorzy nie znają.
Mylił się Kajtuś, gdy myślał, że się dowie w szkole, że z książek wyczyta.
Nie. Musi sam.
Będzie trudno. Nic nie szkodzi.
Zacząć trzeba. A gdy zacznie, to skończy.
Tak.
Chce mieć czapkę niewidkę i buty siedmiomilowe. I dywan, i torbę, i pierścień, i kurę, co znosi złote jaja. Nie zwyczajne, a złote. Będzie mógł zaczarować, kogo zechce, każdego nieposłusznego. Będzie władcą najpotężniejszym. Muszą go się słuchać.
Musi ćwiczyć wzrok. Znajdzie jakoś pierwsze zaklęcie – jeden wyraz magiczny, indyjski albo grecki.
Postanowił. Ślubował.
Zaczął i kończy.
Od tej pory ma Kajtuś dwa różne życia.
Jedno zwyczajne: w domu, w szkole, na ulicy.
Drugie życie inne, własne, tajemnicze, wewnętrzne.
Niby nic.
Bawi się, goni, zakłada się, wygrywa i przegrywa zakłady; drażni się, przezywa i błaznuje.
Ale naprawdę – rozmyśla o czarach i próbuje. Różnie próbuje – i czeka.
Ćwiczy wzrok i myśli. Myślą i spojrzeniem rozkazy wydaje.
Patrzy z całej siły na chłopca, który przed nim siedzi na ławce. Patrzy i rozkazuje:
„Każę ci się odwrócić. Odwróć się”.
Oczami i myślą woła, nie głosem.
Albo patrzy na nauczyciela.
„Chcę do tablicy. Żądam: niech mnie pan wywoła. Chcę odpowiadać!”.
Albo na ojca.
„Chcę pięćdziesiąt groszy. Na kino. Żądam. Proszę. Chcę być w kinie!”.
Ano, raz się uda, wiele razy się nie udaje.
Nic dziwnego. Czary są trudne. Zaczyna dopiero.
Kajtuś czeka cierpliwie.
Aż się doczekał.
Pierwszy czar był taki.
Pan chciał postawić zły stopień. Nie Kajtusiowi, nawet nie dobremu koledze, a zwyczajnemu chłopcu.
Kajtuś mocno pomyślał:
„Niech pióro zginie”.
I zaraz pan się pyta:
– Gdzie pióro? Przed chwilą leżało.
Chłopcy i pan szukają.
– Nie ma. Kto zabrał?
– Nie ja… I nie ja.