18+
реклама
18+
Бургер менюБургер меню

Джованни Боккаччо – Dekameron, Dzień szósty (страница 4)

18
Choć im trud dzienny osłabił ramiona, Choć rybim łowem barka przeciążona, Silnie wiosłują, rudel21 krzywią w stronę, Aż dopłynęli do Porto-Leone, Gdzie ich noc czeka, – noc prawdziwie godna Kraju wschodniego – cicha i pogodna. Kto tam grzmi konno po skalistej drodze? Wygięty naprzód, na wiatr puścił wodze, Kopyt tętenty jak grzmoty po grzmotach Wciąż budzą echa drzemiące po grotach. Koń jak kruk czarny, a na bokach piana, Jak gdyby świeżo z morza zszumowana. Wieczór już uśpił fale morskich toni, Ale nie serce tej dzikiej pogoni. Groźnie na jutro niebo się zachmurza Ale groźniejsza w sercu Giaura burza. Nie znam cię, rodu twego nienawidzę, Ale w twych licach takie rysy widzę, Które w pamięci kiedy się raz wrażą, Z czasem się głębiej werzną, lecz nie zmażą. Tyś młody, blady, lecz namiętne bole Gorzały długo na twym smagłym czole. Złe oko twoje choć mnie nie urzekło, Choć jak meteor błysnąwszy uciekło, Zgadłem, że Turek takiego człowieka Powinien zabić – lub niech sam ucieka. Tam – tam – poleciał – śladem jego biegu Szły mimowolnie oczy me wzdłuż brzegu, A chociaż z taką szybkością prześcignął, Choć jak latawiec tylko w oczach mignął, Jego wzrok, jego twarz na kształt pieczęci Wciśnione czułem w głąb mojej pamięci. I długo w uchu huk kopyt słyszałem Czarnego konia lecącego czwałem. Spiął ostrogami, wbiegł na wierzch opoki Ocieniającej głębinę zatoki, Obleciał wkoło, znowu na dół gonił. Skałą od moich oczu się zasłonił. Zgadłem, dlaczego: temu, co ucieka Jest obrzydliwą źrenica człowieka, On najpiękniejsze na niebiosach gwiazdy Klnie, że zdradzają ścieżki jego jazdy. Zbiegając z góry nim konia nawrócił, Spojrzenie straszne, jak ostatnie rzucił. I wybiegł znowu, znowu w górę skoczył. Wtem nagle stanął, konia w bok zatoczył, I patrzy z góry, na strzemionach staje, Czegóż on patrzy, tam, w oliwne gaje? Księżyc na nowiu wschodzi zza gór grzbietów, Błyszczą nad miastem lampy minaretów, W mieście wre teraz Bajramu uciecha; Tu, choć nie dojdą ni wystrzałów echa, Ni muzułmanów pobożne okrzyki, Przecież błysk widać każdej tofaiki. Bo dziś zachodzi słońce Ramazanu, Dziś Bajram święcą wyznawcy Koranu22, Dziś… Lecz ty, Giaurze, kto jesteś? co znaczy Twój ubiór obcy – i twój wzrok rozpaczy? Co cię obchodzi Bajram? po co czekać Naszego święta lub przed nim uciekać? On stał – wtem nagły strach lica mu ścisnął, I strach ten nagle wściekłością zabłysnął. A blask ten nie był jak rumieniec nikły Gniewów, co wschodzić i przemijać zwykły, Ale jak bladość marmurowej bryły