реклама
Бургер менюБургер меню

Александр Усовский – Lecz imieniem Twoim… (страница 3)

18

Jednak, Panie, byłem nieco rozproszony. Powrócę do mojej historii.

Ojciec mój brał udział w nieszczęśliwym dla księcia Bazyla oblężeniu Czernigowa, kiedy umarła moja matka. Ojciec nie odważył się opuścić armii w czasie niebezpieczeństwa – więc ja, bardzo młody chłopczyk, musiałem pochować moją matkę. Och, Panie Stasu, broń Boże jeszcze raz doświadczyć takiego smutku, a nawet w tak młodym wieku… Po całych nocach płakałem, moja poduszka była jak rzęsa jeziorna – a po południu zarządzałem przygotowaniem do ostatniej drogi matuli, liturgii, pogrzebu, stypy… Dojrzałem bardzo wcześnie. Kiedy miałem dziesięć lat, przestałem być dzieckiem.

Komisarz od pomiarów ziemi pokiwał głową ze współczuciem.

– Widzę, Panie Sławomirze, że ciężki jest Pana los…

Szlachcic uśmiechnął się smutno.

– Nie mam zamiaru użalać się, Panie Stasiu, ale chcę opowiedzieć Panu prawdziwą historię rokoszu Nalewajki – o tym nikt Panu nie opowie, ponieważ nie pozostało się ani na Litwie, ani w Polsce, ani w Moskwie tych, którzy stawali na jego początku. Śmierć, Panie Stasiu – to jest najlepszy strażnik sekretów i tajemnic…

A więc było to tak. Po raz pierwszy spotkałem Seweryna Nalewajkę w kwietniu tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego roku – za Pana zgodą policzę według kalendarza europejskiego, ponieważ moskiewski kalendarz od stworzenia świata nie bardzo jest rozpowszechniony tutaj, na pograniczu – kiedy mój ojciec zaprowadził mnie do kasztelana ostrogskiego prosić o miejsce kozaka w chorągwi dworskiej. Jeszcze właśnie nie skończyłem wtedy piętnastu lat, a mój ojciec zdecydował, że nauka wojenna – to jest najlepsze, co może wybrać dla mnie, tym bardziej, że w ten czas był on podsetnikiem, słowa jego miały wagę nawet dla wyższych bojar ostrogskich, z księciem Bazylim – do tego czasu już zmienił imię na Konstantego na cześć swojego ojca – znali się dość blisko.

W pokojach kasztelana – wówczas rangę tą zajmował Pan Jan Zakrzewski, znany wśród kozaków swoją sprawiedliwością, trzy lata przed tym straciwszy lewe oko przy Szkłowie w przegranej przez nas bitwie z wojskiem Dymitra Chworostynina – spotkaliśmy się z Nalewajką.

Bardzo dobrze pamiętam to spotkanie. Na ławce przy drzwiach do pokojów kasztelana siedział wysoki, przystojny mężczyzna w wieku koło trzydziestu lat, w szkarłatnej, obszytej kunim futrem husarce – ubraniu niezwykle rzadkim w tamtych czasach, noszonym przeważnie przez tych, którzy bywali w ziemiach tureckich lub na Węgrzech. Oni z moim ojcem dobrze się znali – co zrozumiałem po mocnym przyjaznym uścisku dłoni i szczerym uśmiechu, jakim Seweryn obdarzył mojego ojca. Z dalszej rozmowy wynikało, że Pan kasztelan zaprosił Nalewajkę aby nadać mu stanowisko setnika, dowodcy sotni kozackiej – drugiej najważniejszej rangi w chorągwi dworskiej. W trakcie rozmowy zdałem sobie również sprawę, że mój ojciec bardzo szanuje Nalewajkę – co było nieco zaskakujące, biorąc pod uwagę, że byli oni niemal równi w służbie.

Wkrótce nas zaprosił Pan Zakrzewski. Ojciec krótko ogłosił swoją prośbę, Pan kasztelan też duzo slow nie mowilł, powiedziawszy tylko: "Dobrze, nakażę pisarzowi zapisać twojego kozaka do drugiej sotni, jutro o świcie niech zjawi się w wartowni by iść do straży". Tak zaczęła się moja służba przy księciu Ostrogskim…

Wieczorem, skrajnie zniecierpliwiony, zacząłem pytać ojca o chorągwi, z nienacka upominając Nalewajkę. Ojciec nagle się zpeszył i kazał mi nie pytać o Sewerynie – mówiąc, że jakoś nie wypada obgadywać swojego dowódcy za plecami. Na co odpowiedziałem, że Nalewajko zostanie dowódcą pierwszej sotni dworskiej, która ma strzec prywatne pokoje książece, jego skarbiec oraz wartownię z zapasem prochu strzelniczego – na dodatek to będzie jeszcze tylko od jutra, natomiast ja jestem zapisany do drugiej sotni, która wystawia strażników na murach zamku, przy bramie oraz na moście, dlatego nie ma nic złego w tym, że chcę dowiedzieć się więcej o moich towarzyszy służbowych. Ojciec mój wciąż nie chciał rozmawiać o Nalewajce – po prostu kazał mi iść do łóżka, bo jutro rano mam iść do służby. Ale to jego zmieszanie zapamiętałem…

Następne sześć miesięcy upłynęło w zwykłych dla kozaków kłopotach – straży, czyszczenie i karmienie koni, rąbanie winorośli, strzelanie z fuzi i czyszczenie broni… Uczyłem się być żołnierzem, ale to jest ciężka nauka, Panie Stasiu…

Komisarz od pomiarów znów skinął głową.

– Wiem. Jak już powiedziałem, miałem okazję uczestniczyć w ruszeniu pospolitym przy wzięciu Parnawy, w wojsku Jego Mości, hetmana Chodkiewicza. Piętnaście lat temu. Wtedy mocno spraliśmy Szwedów!

Pan Sławomir gorzko westchnął.

– W tej wojnie w Kirchholmie zginął mój syn, Władysław. Nigdy nie znalazłem jego ciała… Huzarzy z jego chorągwi, których udało mi się znaleźć – powiedzieli, że mój chłopiec podczas ataku został strącony z konia przez kulę z fuzi, spadł z klifu do Dźwiny i był porwany przez strumień…

– Współczuję, Panie Sławomirze…

– Najcięższym ciężarem, Panie Stanisławie, jest trumna z ciałem syna na ramionach ojca… I nie miałem nawet czasu, aby pochować mojego chłopca…. – Szlachcic ze lzami w oczach zamilkl na kilka chwil, po czym kontynuował: – Wszelako moja historia nie jest o kłopotach oraz smutkach mojej rodziny, obiecałem przecież historię o rokoszu Nalewajki. Jednak dla tego się cofnę na początek ubiegłego stulecia – uwierz mi, Panie Stasiu, to jest konieczne.

– Słucham Pana uważnie.

– Jak już powiedziałem, zmieszanie mojego ojca podczas moich pytań o Nalewajce tylko podgrzało moją ciekawość – nie zapomij, Pan, że miałem tylko piętnaście lat. Więc kiedy w końcu tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego roku musiałem dostarczyć do starosty Husiatyńskiego list od książego podskarbiego – przypomniałem sobie znów Nalewajkę, w końcu kozacy mówili, że pochodzeniem był Husiatyniem, dorastał w rodzinie miejscowego podstarosty. Nie ukrywam, że to zadanie – typowe dla kozaków dworskich – bardzo mnie ucieszyło.

Przez Krzemieniec i Zbaraż w trzy dni dotarłem do Husiatynia. Ciche, spokojne miasto na śpiącym Zbruczu – w owych czasach żyło w nim zaledwie trzydzieści rodzin, z których jedną trzecią były to rodziny żydowskie, ale miasteczko było samorządne, prawo magdeburskie przyznano mu dwadzieścia pięć lat wcześniej przez Zygmunta Augusta… Szybko znalazłem posiadłość miasteczkowego starosty, wręczył mu list od podskarbiego, wysłuchał skargę na brzemię – dekretem książęcym nakazano im było wybudować most nad Zbruczem, któremu starostat się sprzeciwił, aby uniknąć zbędnych wydatków – i zapytał, czy można byłoby zobaczyć rodzinę Seweryna Nalewajki, mojego setnika? Starosta tylko machnął ręką w kierunku sąsiedniego dworu.

Podstarosta i jego rodzina nie byli obecni w domu – wszyscy wyjechali w odwiedziny do krewnych, na podwórku się nudził strożujący czterdziestoletni kozak, nie chętny do rozmów, natomiast w komnatach zostały tylko młoda pokojówka i wiekowa staruszka, cała ubrana na czarno – lub niańka, lub po prostu utrzymanka. Usłychawszy, jak zapytałem młodą pokojówkę o Pana Seweryna Nalewajkę – jakoś nagle ożyła i zaczekawszy, aż wyjdę na ganek, złapała mnie za rękę.

Patrząc na mnie łzawiącymi, wyblakłymi od przeżytych lat oczami cichym półszeptem staruszka powiedziała: "Zabije… zabije on mojego chłopczyka…"

Zatrzymałem się, bardzo oszołomiony tymi słowami. "Kto?" – "Przebiegły lis, Judasz, obłudnik i faryzeusz, kłamca i zdrajca – twój książę". "Kogo zabije?" – "Chłopczyka mojego, Symeona, syna Dymitra i Elżbiety".

– Jakiego Symeona? – Zapytał zaskoczony komisarz.

Szlachcic skinął głową w odpowiedzi:

– Właśnie o to zapytałem staruszkę. Zamiast odpowiedzi chwyciła mnie jeszcze mocniej za rękaw żupana i pociągnęła mnie do podziemia – ale tak mocno, że na miejscu osłupiałem – po drodze, dławiąc się z niecierpliwości, coś pośpiesznie zaczęła mi mówić.

– Długo nie mogłem zrozumieć, co usiłuje mi powiedzieć stara kobieta, która na pierwszy rzut oka wyglądała jakby wpadła w szaleństwo. Ale byłem cierpliwy – i wkrótce z jej niewyraźnych i poplątanych zdań udało mi się odczytać prośbę o obronie Pana Seweryna przed złem księcia Ostrogskiego – co, nie ukryję, początkowo wywołało u mnie przerażenie. "Babciu, ale Pan Nalewajko jest najbliższym bojarem księcia, Jego Mość Pan Bazyli powierzył mu swój skarbiec i życie, jak to możliwe, jak może się zdarzyć między nimi coś takiego jak zdrada lub nieuczciwa podłość?" Staruszka westchnęła ciężko, posadziwszy mnie na skrzyni, usiadła obok mnie na ławeczkę do przędzenia wełny, smutno się uśmiechnęła i odpowiedziała: "Nie wierzysz mi, uważasz za opętaną – widze to po oczach. Ale jak usłyszysz moją historię, zrozumiesz mnie, chłopcze…" Oczywiście, poprosiłem ją, aby powiedziała mi to, co postanowiła mi ujawnić – mając nadzieję usłyszeć historię o strasznych tajemnicach i okrutnych zbrodniach, jednak odbierając ich w głębi duszy jako bajki dla dzieci, takich jak te, które moja matka opowiadała mi, gdy byłem mały. Biedna moja matula, ona tak bardzo mnie kochała…

Przepraszam, Panie Stasiu, wrócę do mojej opowieści. Staruszka przemawiała dość długo – skuliliśmy się w podziemiach koło trzeciej po południu, lecz pod koniec opowiadania na dworze było już ciemno, strożujący kozak zamknął bramę, przy tym narzekając, przeprowadził mojego karego do pańskiej stajni, zdjął siodło, puślisko i dał mu owsa. W taki sposób więc było mi zaproponowano, abym spędził noc w domu podstarosty – ale nie to mnie zaskoczyło. Historia, opowiadana przez starą kobietę naprawdę zmusiła mnie do szczerego zdziwienia…