Александр Усовский – Lecz imieniem Twoim… (страница 2)
Komisarz machnął ręką.
– Cóż, to wciąż hiperbola, Panie Sławomirze. Korona z kopalń w Wieliczce się karmi, sól jest potrzebna każdemu domostwu, dwa solida mytu za pud każe brać podskarbi, z tego dwór w Krakowie i żeruje. Ale bez pszenicy z tych województw rosyjskich – król może iść żebrać! A co do Księstwa, proszę Pana, temu w ogóle kreska – po wojnie nie ma nikogo do spłacania czynszu, zresztą szlachta została uwolniona od opłat. Jak dotąd coś daje akcyza na mielenie zboża i na wino chlebowe, oraz ta sama sól i wosk – oto są wszystkie nasze dochody. A z aneksu nie mamy dochodów żadnych – tutejsze garnizony Raytarów co roku dwa tysiące kop wymagają z Wilna…
– Dwa tysiące! – rozmówca komisarza nie powstrzymał zdziwienia.
– Właśnie tak! A jeszcze naprawa konna, a do tego nawet odnowienie murów Smoleńskich…. Hej, co tu mówić, ta wojna jest całkowitym zniszczeniem gospodarki! – Pan Stanisław zirytowanie rąbnał dłonią. Następnie trochę wystygnął i zapytał: – No a… Panie Sławomirze, jakim zajęciem jest Pan obarczony? Czy w spokoju, z dochodów Pan żyje?
Szlachcic uśmiechnął się smutno.
– Jaki tam dochód, wypożyczam dwie wołoki pod Ostrogiem, i to jest cały mój skarb… Przy synie Jego Książęcej Mości księcia Bazylego, księciu Januszu byłem do jego śmierci, ale obecnie nic nie robię przez cztery lata, mieszkam w gościńcach oraz majątkach…
Komisarz się ożywił.
– O, więc znawał Pan Janusza Ostrogskiego?
Szlachcic skinął głową.
– Młodszego księcia też, i Jego Mość Pana Konstantego Bazylego znawałem… Przy dworze książęcym w Ostrogu z młodych lat mieszkałem, ojciec mój świętej pamięci zapisał mnie do chorągwi dworskiej, gdy tylko skończyłem piętnaście lat. Dokładnie w tym roku, gdy Iwan Wasiljewicz, Car Moskiewski, ku Panu Bogu odszedł…
Komisarz coś policzył w myślach, bezgłośnie poruszając ustami – a zatym wymówił z szacunkiem:
– Czyli… to Pan się urodził w roku Unii Lubelskiej… To znaczy, został Pan świadkiem rokosza Nalewajki oraz jak rozpoczęła się a zatym się skończyła Dymitriada? Czyli widział Pan to wszystko na własne oczy?
Szlachcic w milczeniu dopił swój miód, zrobił pauzę i rzekł:
– Nie tylko widziałem. ZROBIŁEM to wszystko… Własnymi rękami.
Opowiadanie Pana Sławomira Wierenicza‑Stachowskiego, szlachcica herbu Ogończyk, urodzonego niedaleko Pińska, o tym jak poznał Seweryna Naļewaikę i o pierwszych krokach swojej służby przy Jego Mości Księciu Ostrogskim
W gospodzie zawisła niezręczna cisza.
Komisarz od pomiarów wziął ze stołu nóż, którym pół godziny temu porcjował zapieczoną z kapustą i grzybami gęś, pokręcił go w dłoniach, w jakimś celu sprawdził ostrzenie na paznokciu – a potem odchrząknął i zauważył ostrożnie:
– Panie Sławomirze, uwielbiam pogaduchy przy stole i doceniam dobry żart… Ale czy nie uważa Pan, że nie są to żarty, które można mówić w tym miejscu? Jesteśmy tutaj sami, ale zdarza się, że mury otwierają uszy, a nawet w tej dziczy mogą się odnaleźć podsluchiwacze…
Szlachcic zmarszczył brwi.
– Panie Stanisławie.. Czy Pan uważa, że Wierenicz‑Stachowski kogokolwiek się boi? Czy zdolny jestem szczekać podobnie do psa na podwórku?
Komisarz rozłożył ręce.
– Nie myślałem tak ani chwili, Panie Sławomirze. Ale widzi Pan, słowa Pana zabrzmiały zbyt głośno…
– Zapłaciłem dawno za swoje słowa już wszystkie myta i daniny, Panie Stasiu… Za pięćdziesiąt pięć lat mojego życia zdarzyło mi się coś takiego zobaczyć, że po prostu absurdalne jest trzęcienie portkami. I strzec się niewiadomych nieszczęść nie ma po co, przestałem się bać dwadzieścia lat temu, a teraz jest już za późno. O bliskich być może byłoby warto się bać – ale nie mam nikogo. Pozostało z życia tylko grób żony w Ostrogu oraz pamięć o synie, który zginął pod Kircholmem mając zaledwie piętnaście lat… Czego bym się bał, Panie Stasiu? – niegłośno zapytał szlachcic.
Jego rozmowca ze współczuciem pochylił głowę.
– Gorzki jest Pana los, Panie Sławomirze… Współczuje Panu z całego serca i proszę o przebaczeniu wielkodusznie za niepowstrzymane słowa.
– Wielkie dzięki za miłe słowa, Panie Stasiu… Ale o moje słowa, o rokoszu Nalewajki oraz Dymitriadzie, od pierwszego do ostatniego – wcale się nie martwię. Ale jak ma Pan ochotę posłuchać starego durnia, ponieważ siedzimy w tej pułapce i czekamy na dobrą pogodę – wtedy jestem gotowy rozbawić Pana swoją historią, za miód i dobre słowa odwdzięczyć. Akurat starczy historii tej na trzy dni, pod koniec znudze się Panu bardziej niż ta nieznośna mżawka, którą króluje na zewnątrz… – szlachcic lekko się uśmiechnął.
– Co Pan mówi, Panie Sławomirze, dla mnie Pana opowieść jeszcze nie będąc powiedziana juz jest ciekawa… Tylko pozwól Pan kazać Jankowi przynieść jeszcze miodu i przekąsek, oraz świeżej wody ze studni – przemoczyć gardło i zbitniu na lipowym miodzie – żeby opowiadanie łatwiej płynęło?
Szlachcic skinął głową.
– Dobra myśl. Niech Janek przyniesie wszystko, przy obfitym stole i bajki opowiadać bardziej wesoło jest. Nigdy nie pozwalałem sobie na obżarstwo, ale ponieważ chodzi nam o dawnych czasach, dobre jedzenie nie będzie grzechem…
Komisarz zachęcająco machnął ręką – wnet przy stole pojawił się gospodarz. Z pełnym szacunkiem wysłuchał polecenia gościa, ukłonił się w milczeniu i natychmiast udał się do piwnicy, niegłośno wydając rozporządzenia klucznikowi. Po upływie kilku minut na stole komisarza i szlachcica pojawił sie tłoczony półsztof miodu, kilkanaście talerzy z różnymi przekąskami, gliniany dzban wody orazi starożytny niekształtny rondel zbitnu – i po tym Janek cicho znikł.
Komisarz przesunął dłonią wokól znów obfitego stołu:
– Panie Sławomirze, proszę Pana nie odmówić zaproszenia, aby trochę się pożywić i napić. Proszę w pokorze spróbować tego, co Bóg i gospodarz tego schroniska dał nam…. I czekam na Pana historię – w czasach rokoszu Nalewajki robiłem tylko pierwsze kroki, Dymitriadę przeżyłem wątłym młodzieńcem, w kampanii szwedzkiej Pana hetmana Chodkiewicza byłem w ruszeniu pospolitym, ale szturm Parnawy widziałem tylko z daleka, a w ostatniej wojnie z Moskwą pełnił służbę przy posłańcu Rzeczypospolitej w Saksonii, więc, wie Pan, cała moja wiedza o tamtych czasach jest bardzo niekompletna.
Szlachcic skinął głową.
– Jestem niezmiernie wdzięczny za ten poczęstunek, nie omieszkam spróbować wszystkich dań, przynajmniej trochę – widzę tutaj maślaki i rydze solone, brusznicę z kiszoną kapustą, półgęski i suszone szczupaki…i wiele rozmaitości, obficie… nawet zbyt… Nie mogliśmy nawet marzyć w Putiwlu w oblężeniu o takim stole! Cóż, tak, to jest przedawniona bajka, później opowiem Panu o tym… Ale zacznę swoją historię, jak Pan na to pozwoli, od jeszcze bardziej dawnych czasów, o czym przypomina tylko Metryka Litewska… Inaczej niemożliwe!
Komisarz skinął głową.
– Oooo, jak sobie życzy Pan, Panie Sławomirze, to Pana prawo, przecież to Pan opowiada – więc Panu należy decyzja, odkąd zacząć i czym dokończyć… Czy Pan pozwoli dolać jeszcze miodu? – i nie czekając na odpowiedź, dodał do kubka szlachcica dobrą czterdziestkę gęstego bursztynowego napoju.
Szlachcic podniósł kubek, podziwiając wytloczonej na nim sceny z polowaniem na dzika – i ledwie zrobiwszy drobnyy łyk, odstawił go na miejsce.
– Dobry miód. Ale chmiel nie jest teraz naszym sprzymierzeńcem – pamięć moja nie jest już taka sama, jak wcześniej, mogę coś przeoczyć.
– Jak Pan sobie życzy, Panie Sławomirze, proszę bardzo… – Komisarz od pomiarów też tylko łyknął z kubka i skoncentrował się na opowieści.
– Historia, jak już Panu mówiłem, Panie Stasiu, jest dość stara. Coś o tym wiem od ojca, coś – od jego towarzyszy ze sztandaru nadwornego, coś – od starych służących, coś jeszcze – od ludzie innych bojarów książę Bazyla, no i coś z kronik, dzięki, że czytać nauczył się dość wcześnie, za co jestem wdzięczny mojej matce, z domu Świętokrzyskiej… Wkrótce opuściła nas, nie miałem nawet dziesięciu lat, ale zrobiła dla mnie wszystko, co powinna zrobić matka, a ja wciąż zachowuję jej obraz w moim sercu.
Mój ojciec, litewski szlachcic Paweł Wierenicz, posiadał zaścianek Stachowo, który leży w dwunastu wiorstach od Pińsku. Posiadanie tego dawało mu zaledwie półtory kopy groszy rocznie pieniędzmi i czynsz, który ledwo wystarczał, by wyżywić rodzinę – dlatego był niewypowiedzianie szczęśliwy, gdy Pan Bartosz Godlewski, który pełnił przy Jego Mości, książę Bazylu funkcję starosty Kijowskiego i kierował rekrutacją do chorągwi dworskiej księcia, zaoferował mu miejsce kozackiego dziesiętnego z pensją w sześć kop groszy rocznie, stołem i mieszkaniem. Zaręczył się z moją przyszłą matką w tym roku, kiedy sejm księstwa obejmował Inflanty w skład Litwy, a wesele oni grali tuż przed rozpoczęciem wojny z Moskwą. WtedyJego Mość, książę Bazyli, nie ruszył się na Litwę, bitwa przy Czasznikach odbyła bez sztandarów rosyjskich z Kijowa i Wołynia – co, prawdę mówiąc, niczego nie zmieniło, książę Roman Sanguszko zdołał wtedy pokonać armię Oboleńskiego.
Ale to przeminiemy, tak myślę, historię tej wojny i Unii Lubelskiej, na pewno, Pani Stasiu, wie Pan. Również jak i to, że Unia ta drastycznie zmieniła całe życie województw rosyjskich – Wołyńskiego, Kijowskiego, Podolskiego, Bracławskiego – zgodnie z decyzją sejmów wojewodzkich, które przeszły pod władzę polskiego króla. Właśnie wtedy zostały wrzucone do ziemi te nasiona niezgody i bratobójstwa, które po wielu latach wyrosły do wojny i dewastacji…