Александр Усовский – Lecz imieniem Twoim… (страница 4)
Panie Stanisławie, oczywiście pamięta Pan, kim tak naprawdę był książę Konstanty Iwanowicz Ostrogski?
Pan Komisarz skinął głową.
– Oczywiście, Panie Sławomirze. Kto nie pamięta zwyciężcy bitwy pod Orszą?
– Kasztelana Wileńskiego, Wielkiego hetmana Litewskiego, wojewody Trockiego… Wielki to był człowiek. Na Litwie jest niewielu mężów stanu, równych do niego ani w inteligencji i umiejętnościach wojskowych, ani we wspaniałomyślności i hojności. Nie wiem nawet, który z obecnych wojewodów może porównać się z nim… Ale nie o to chodzi, nie o osiągnięciach tego czlowieka. Jak wiecie, Panie Stanisławie, książę Konstanty był dwukrotnie żonaty. Za pierwszym razem zaręczył się z Tatianą Golszańską, córką księcia Symeona Golszańskiego, przywódcy Łucka i marszałka województwa Wołyńskiego. Z tego małżeństwa urodził się najstarszy syn księcia, Ilya. Niestety, to małżeństwo skończyło się smutno – gdy Ilya miał dwanaście lat, jego matka nagle zmarła. Po raz drugi więzi boskiego zjednoczenia połączyły Jego Mość księcia Ostrogskiego z Aleksandrą Słucką, córką księcia Symeona Słuckiego – wynikiem tego małżeństwa był najmłodszy syn Bazyli. Oznacza to, że synowie Konstantego Iwanowicza byli przyrodnimi braćmi, ich matki były inne, do tego Ilya był o szesnaście lat starszy od Bazyla. Jest to rzeczą powszechną, wszystko może się zdarzyć w życiu, ale w naszej historii ta okoliczność ma dość ważne znaczenie.
Komisarz skinął głową.
– Słyszałem o tym. Ilya zmarł bardzo młodo, jak wiem?
Pan Sławomir pokręcił głową.
– Nie tylko bardzo młodo. Śmierć ta była o tyle niezwykłą, że spowodowała, wybacz mi Pan takie słowa, długie plotki i ołbrzym szeptów za plecami…
– O, zaczynają się właśnie tajemnice, które Pan mi obiecał na początku? – Pan Stanisław lekko się uśmiechnął.
– Eee tam, Panie Stasiu, będzie ich o wiele więcej… Syn Wielkiego hetmana i słynnego dowódcy, Ilya Konstantynowicz, jak wiemy, nie wykazał żadnych szczególnych zdolności do służby wojskowej, chociaż odpierał najazdy tatarskie oraz ze swoją choragwią dworskiej brał udział w wojnie Starodubskiej z Moskwą, oblegając wraz z Janem Glebowiczem Siebież, chociaż to bez skutku. Laury ojca okazały się nieposilne dla młodego księcia… Ale też nie o to chodzi w mojej historii. Książę Ilya okazał się bardzo przeciętnym wojownikiem, ale nie zaryzykowałbym jemu robić zarzuty. To jest moje głębokie przekonanie, że wojna jest rzemiosłem, którego umiejętności nie są do popisywania dla osoby godnej… Umiejętność zabijania jest wątpliwą sprawnością. Wybacz mi pan moje moralizatorstwo, ale jestem już starym człowiekiem, który widział wiele wojen w swoim życiu i sądzę, że mam prawo wyciągać z tego takie wnioski.
Wracając do tematu, chodzi mi nie o społecznym, lecz o prywatnym życiu księcia Ilyi. Panie Stasiu, Pan chyba słyszał opowieści o manierach i zwyczajach z połowy ubiegłego wieku, o czasach Zygmunta Starego?
Komisarz od pomiarów uśmiechnął się.
– W czasach mojej młodości byłoby dziwnym nie słuchać tych bajek o Barbarze Radziwiłłównie…
Pan Sławomir zmarszczył lekko brwi.
– Panie Stanisławie, poprosiłbym Pana nie tylko nie powtarzać tych bajek przy tym stole – ale nawet żeby żadnej sugestii o tym nie było przy naszej rozmowie. Honor damy nie jest pustym dźwiękiem, a dla szlachty tym bardziej.
– W porządku, Panie Sławomirze, oczywiście… Proszę mi wybaczyć moją lekkomyślność.
– Dziękuję, Panie Stasiu, jestem starym człowiekiem i cieszę się, że Pan zrozumiał moje słabości… Więc książę Ilya, będąc związany obietnicą swojego ojca, by poslubił Annę Elżbietę Radziwiłł – starsi w rodzinie wcześniej się dogadali o przyszłości swoich dzieci, w tych czasach takie coś było rzeczą powszechną – postanowił sprzeciwić się woli Konstantego Iwanowicza. On zdecydowanie odmówił Annie – nie wiem, jakie koty darli ze sobą… Na próżno Wielki hetman Litewski Jerzy Radziwiłł ofiarował mu swoją drugą córkę, Barbarę – książę Ilya był nieugięty. Co temu było winne, złe plotki, oszczerstwa, magia, czy co najwięcej kaprys bogatego potomka magnackiego – Bóg wie… W każdym bądź razie Zygmunt Stary w swoim przywileju pozwolił księciu Ilyi nie podążać za wolą ojca w sprawie małżeńskiej – i to właśnie rozwiązało spór między dwoma rodzinami magnackimi. Książę Ilya otrzymał swobodę wyboru narzeczonej – którą w niedługim czasie wykorzystał… A raczej, tylko myślał, że otrzymał swobodę. Czasami pionek na szachownicy jest pewny, że sam wybiera los ofiary obcej królowej….
Było to w tysiąc pięćset trzydziestym szóstym… nie, w trzydziestym siódmym roku. W Krakowie, na balu królewskim, książę Ilya poznał córkę koronnego podskarbiego Andrzeja Koscieleckiego Beatę, dziewczynę w wieku dwudziestu dwóch lat, serdeczną współtowarzyszkę królowej Bony Sforzy. Beata całe swoje życie spędziła wsród intryg krolewskiego dworu, więc szybko zawróciła głowę młodego księcia. Sześć miesięcy później Ilya ogłosił zaręczyny z młodą Kościelecką – i jak szeptano w każdym zakątku na Wawelu, córką Zygmunta Starego i Katarzyny Telniczanki, którą król Polski wydał za Pana Kościeleckiego…
Komisarz skinął głową.
– Tak, słyszałem tę historię, czasy te wyróżniały się wyjątkową frywolnością manier.
– Eee tam, Panie Stasiu, gdyby to była tylko kwestia frywolności… Jak umarła Barbara Radziwiłłówna, oczywiście, że słyszał Pan?
– Tą historię z jabłkiem? Wielu ludzi uważa za sprytną fikcję…
Szlachcic wzruszył ramionami.
– Też sądziłbym, że to jest nic więcej niż straszna bajka – gdyby był młodszy… A kiedy masz pięćdziesiąt pięć lat, zdajesz sobie sprawę, że ludzka bezduszność i podłość nie ma granic. Barbara, nich ziemia będzie jej lekką, bardzo możliwe, że nie była przykładem moralności, a opowieści o jej romansach miłosnych prawdopodobnie miały jakąś podstawę – ale Zygmunt August poślubił je z własnej woli, więc wiedział, co robił. Tym małżeństwem jednak król wrzucił pasmo płonącej słomy do gniazda szerszeni – oburzenie polskiej szlachty nie znało granic! Litwinka Barbara Radziwiłłówna Królową Polski – to było zarówno jak dla magnactwa koronnego, tak i dla królowej matki jak ostrze noża przy gardle. A śmierć nieszczęsnej Litwinki była spotkana z cichą radością na Wawelu… Przecież wie Pan, z jakiej rodziny pochodziła Bona Sforza?
– Tak, Panie Sławomirze, Bona jest dziedziczką rodzin Medici, Sforza i Borgia.
Szlachcic pokiwał głową z satysfakcją.
– Borgia. Najbardziej znani truciciele w całych Włoszech, którzy puścili na tamten świat gro ludu. Nie byłem obecny przy tej akcji, ale jestem gotów dać rękę do odcięcia – tak to właśnie było. Bona Sforza posmarowała jedną stronę ostrza noża trucizną, przecięła nim jabłko oraz tą część owoca, którą dotknęła połowa ostrza z trucizną, dała Barbarze Radziwiłłównie. Ta przyjęła poczęstunek, a miesiąc później umarła w strasznych męczarniach… Borgia bardzo dobrze znała się na truciznach!
Komisarz od pomiarów z powątpiewaniem pokręcił głową.
– A czy Pan sądzi, że Beata Kościelecka czerpała umiejętności sztuki trucia od Bony Sforzy?
– Nie mam wątpliwości! Zło zawsze usiłuje się uchwycić jak najwięcej – miasta, wioski, ludzkie dusze… Bez tego gaśnie ono i znika!
– Więc śmierć Ilyi Ostrogskiego…
– Więc śmierć najstarszego syna księcia Konstantego jest dziełem rąk ludzkich, lecz nie jest sprawą Pana Boga!
Pan Stanisław wzruszył ramionami.
– To nie do wiary, że to… Nie bardzo się znam na historii starożytnej, ale myślę, że już sto lat temu lekarze byli na tyle uzdolnieni, aby diagnozować zatrucie…
– Tak – gdyby było dozwolono im obejrzeć ciało. Ale książę Ilya, potłuczony upadkiem z konia podczas turnieju w trzeci dzień uroczystości weselnych, był przez siedem miesięcy pod nadzorem lekarza rodzinnego Ostrogskich i nikt więcej z synów Hipokratesa nie mógł go odwiedzić. Początkowo ból pleców, przeszywające kłucie w boku i codzienne poranne dolegliwości z mdłościami i wymiotami nie przeszkadzały mu zbytnio, małżonkowie nawet wyjeżdżali na polowanie, gdyż wiadomo, że książe Ilya w Puszczy Krzemienieckiej gonił niedźwiedzia, ale i obowiązki małżeńskie młody mąż spełniał regularnie. Lecz w lipcu tysiąc pięćset trzydziestego dziewiątego roku nie mógł już podnieść się z łóżka. Wszystkie wysiłki lekarza rodzinnego i młodej małżonki były bezskuteczne. Co wieczór Beata osobiście nakładała na ciało księcia cudowny balsam i podawała do picia mu eliksir z ziół leczniczych, wysyłanych do niej z Krakowa i Drezna – ale młody książę każdego dnia stawał się coraz słabszy. W końcu zmarł dwudziestego sierpnia, pięć dni przed tym podpisawszy testament, zgodnie z którym cała jego własność – niezliczona, powiem Panu, należała do niego prawie połowa Wołynia – została przydzielona im… nienarodzonemu dziecku. Beata była wtedy w ciąży i niedługo czekała na poród…
Pan Stanisław przytaknął skinieniem głowy.
– Tak, słyszałem o tym, urodziła córkę, Elżbietę, na Wołyniu wołali ją Halszką. Biedna dziewczynka, to bogactwo nie przyniosło jej szczęścia, jak mówiono w naszym domu, straciła rozum i umarła, opuszczona przez wszystkich, samotna, bezdzietna…
Szlachcic uśmiechnął się pod wąsem.
– A tutaj, Panie Stasiu, pozwól Pana poprawić. Od tego momentu, przepraszam, właśnie zaczyna się ta historia, którą stara niańka z Husiatynia mi powiedziała…