Александр Дюма-сын – Hrabia Monte Christo (страница 38)
– Czy chcesz jeszcze się czegoś dowiedzieć? – rzekł ksiądz z uśmiechem.
– Tak, tak, bo ksiądz potrafi wszystko zgłębić, bo ksiądz widzi jasno wszystkie rzeczy. Chciałbym wiedzieć, dlaczego byłem przesłuchiwany tylko raz, dlaczego nie stanąłem przed sądem i czemu skazany zostałem bez wyroku?
– A, to co innego, to sprawa nieco trudniejsza; jaśnie pani sprawiedliwość rządzi się ciemnymi i tajemniczymi zasadami, które trudno przeniknąć. To, co wymyśliliśmy tu odnośnie do dwóch twoich przyjaciół, było dziecinną zabawką; zaś jeśli idzie o tę kwestię, musisz mi dać jak najdokładniejsze wyjaśnienia.
– Dobrze, ale niech ksiądz mnie pyta, bo w rzeczy samej ksiądz lepiej potrafi się wyrozumieć w moim życiu niż ja sam.
– Kto cię przesłuchiwał? Prokurator królewski, podprokurator, czy też sędzia śledczy?
– Podprokurator.
– Młody czy stary?
– Młody, mógł mieć dwadzieścia siedem, osiem lat.
– No to jeszcze nie zepsuty, ale już ambitny – rzekł ksiądz. – Jak się z tobą obszedł?
– Był raczej łagodny niż surowy.
– Opowiedziałeś mu wszystko?
– Wszystko.
– Czy w trakcie śledztwa nie zmieniło się jego zachowanie?
– Tak, przez chwilę zdawał się mocno poruszony, gdy przeczytał list, który mnie kompromitował; wydawało się, jakby moje nieszczęście go mocno przygnębiło.
– Twoje nieszczęście?
– Tak.
– Jesteś pewny, że współczuł twojemu nieszczęściu?
– Dał mi przynajmniej wyraźny dowód sympatii.
– Jaki?
– Sam spalił list, jedyny dowód, który mnie mógł skompromitować.
– Który? Denuncjację?
– Nie – list.
– Jesteś tego pewien?
– Przecież to się stało na moich oczach.
– O, to co innego – ten człowiek może być o wiele większą kanalią, niż mógłbyś sądzić.
– Na honor! Ksiądz mnie przeraża – wykrzyknął Dantès. – Czy na świecie istnieją tylko tygrysy i krokodyle?
– Tak. Z tą różnicą, że dwunożne tygrysy i krokodyle są niebezpieczniejsze od czworonożnych.
– Niech ksiądz pyta dalej, dalej…
– Spalił ten list, powiadasz?
– Tak, i powiedział mi jednocześnie: „Jeden tylko dowód świadczy przeciw tobie i spójrz – niszczę go”.
– Postępowanie to jest tak wspaniałomyślne, że nie może być naturalne.
– Tak ksiądz sądzi?
– Jestem o tym przekonany. Do kogóż ten list był adresowany?
– Do pana Noirtier, mieszkającego na ulicy Coq-Héron nr 13 w Paryżu.
– Jak ci się zdaje, czy ten podprokurator nie miał w tym własnego interesu, aby list zniszczyć?
– Być może, bo mi ze trzy razy kazał przysięgać, że nie wspomnę nikomu ani słowa o tym liście i że nigdy nie zdradzę nazwiska z koperty.
– Noirtier – powtórzył ksiądz. – Noirtier? Znałem jakiegoś Noirtiera na dworze królowej Etrurii, był on żyrondystą za rewolucji francuskiej. A jak się twój podprokurator nazywał?
– De Villefort.
Faria parsknął śmiechem.
Dantès spojrzał nań osłupiały.
– Co się księdzu dzieje? – zapytał.
– Czy widzisz ten jasny promień słońca? – zapytał ksiądz.
– Widzę.
– Otóż teraz wszystko jest dla mnie jaśniejsze od tego promienia, tak świetlistego i przejrzystego. Biedne dziecko, biedny młodzieńcze! I ten urzędnik był dobry dla ciebie?
– Tak.
– Ten szlachetny podprokurator spalił ów list?
– Tak.
– Ten uczciwy dostawca kata kazał ci przysiąc, że nie wymienisz nigdy nazwiska Noirtier?
– Tak.
– Biedny ślepcze – a czy ty wiesz, kim jest ten Noirtier? To jego własny ojciec!
Gdyby nagle piorun uderzył Dantèsowi u stóp i otworzył mu przepaść, w której głębi byłoby widać piekło, nie sprawiłby na nim wrażenia równie elektryzującego, równie miażdżącego jak te niespodziane słowa. Powstał i porwał się za głowę obiema rękami, jakby w obawie, że mu pęknie.
– Jego ojciec! Jego ojciec! – zawołał.
– Tak, jego ojciec nazywa się Noirtier de Villefort – odpowiedział ksiądz.
I nagle Dantèsowi rozjaśniło się w głowie, wszystko, co do tej pory pozostawało w mroku, w jednej chwili stanęło jakby w jasnym blasku dnia. Owe dziwne wahania Villeforta w czasie badań, zniszczenie listu, wymuszenie przysięgi, ten głos błagający prawie, który zamiast grozić, zdawał się prosić, wszystko to razem stanęło mu przed oczyma. Krzyknął, zachwiał się jak pijany i rzucił się do otworu tunelu, co prowadził do jego celi, bełkocząc:
– Och! Muszę być sam, aby pomyśleć o tym wszystkim.
Doczołgawszy do swego lochu, rzucił się na łóżko; wieczorem dozorca zastał go w tym samym miejscu: siedział na łóżku, nieruchomy i niemy jak posąg, ze ściągniętymi rysami i oczyma wlepionymi w jeden punkt.
W czasie tych rozmyślań, podczas których godziny upływały mu jak sekundy, powziął okropne postanowienie i złożył straszliwą przysięgę.
Jakiś głos ocucił Dantèsa z tego zamyślenia; był to Faria, u którego dozorca był już także i który przyszedł zaprosić teraz Dantèsa na kolację. Jego status wariata, a co ważniejsze wariata wesołego, nadawał staremu więźniowi pewne przywileje: co niedzielę dawano mu na przykład nieco bielszy chleb i buteleczkę wina. Była właśnie niedziela i ksiądz zapraszał swego młodego towarzysza, aby podzielił z nim chleb i wino.
Dantès udał się za nim; rysy twarzy nieco mu się odprężyły, ale jego oczy przybrały wyraz stanowczości i surowości, zdradzając powzięte postanowienie. Ksiądz popatrzył na niego uważnie.
– Niekontent jestem, że ci dopomogłem w rozwiązaniu tajemnicy – rzekł.
– Dlaczego? – zapytał Dantès.
– Bo wlałem ci w serce uczucie, które tam nigdy jeszcze nie gościło: żądzę zemsty.
Dantès uśmiechnął się.
– Mówmy o czym innym – rzekł.
Ksiądz patrzył jeszcze na niego przez chwilę, potem pokiwał ze smutkiem głową; na koniec usłuchał prośby Dantèsa i wszczął rozmowę o czym innym.