18+
реклама
18+
Бургер менюБургер меню

Александр Дюма-сын – Hrabia Monte Christo (страница 38)

18

– Czy chcesz jeszcze się czegoś dowiedzieć? – rzekł ksiądz z uśmiechem.

– Tak, tak, bo ksiądz potrafi wszystko zgłębić, bo ksiądz widzi jasno wszystkie rzeczy. Chciałbym wiedzieć, dlaczego byłem przesłuchiwany tylko raz, dlaczego nie stanąłem przed sądem i czemu skazany zostałem bez wyroku?

– A, to co innego, to sprawa nieco trudniejsza; jaśnie pani sprawiedliwość rządzi się ciemnymi i tajemniczymi zasadami, które trudno przeniknąć. To, co wymyśliliśmy tu odnośnie do dwóch twoich przyjaciół, było dziecinną zabawką; zaś jeśli idzie o tę kwestię, musisz mi dać jak najdokładniejsze wyjaśnienia.

– Dobrze, ale niech ksiądz mnie pyta, bo w rzeczy samej ksiądz lepiej potrafi się wyrozumieć w moim życiu niż ja sam.

– Kto cię przesłuchiwał? Prokurator królewski, podprokurator, czy też sędzia śledczy?

– Podprokurator.

– Młody czy stary?

– Młody, mógł mieć dwadzieścia siedem, osiem lat.

– No to jeszcze nie zepsuty, ale już ambitny – rzekł ksiądz. – Jak się z tobą obszedł?

– Był raczej łagodny niż surowy.

– Opowiedziałeś mu wszystko?

– Wszystko.

– Czy w trakcie śledztwa nie zmieniło się jego zachowanie?

– Tak, przez chwilę zdawał się mocno poruszony, gdy przeczytał list, który mnie kompromitował; wydawało się, jakby moje nieszczęście go mocno przygnębiło.

– Twoje nieszczęście?

– Tak.

– Jesteś pewny, że współczuł twojemu nieszczęściu?

– Dał mi przynajmniej wyraźny dowód sympatii.

– Jaki?

– Sam spalił list, jedyny dowód, który mnie mógł skompromitować.

– Który? Denuncjację?

– Nie – list.

– Jesteś tego pewien?

– Przecież to się stało na moich oczach.

– O, to co innego – ten człowiek może być o wiele większą kanalią, niż mógłbyś sądzić.

– Na honor! Ksiądz mnie przeraża – wykrzyknął Dantès. – Czy na świecie istnieją tylko tygrysy i krokodyle?

– Tak. Z tą różnicą, że dwunożne tygrysy i krokodyle są niebezpieczniejsze od czworonożnych.

– Niech ksiądz pyta dalej, dalej…

– Spalił ten list, powiadasz?

– Tak, i powiedział mi jednocześnie: „Jeden tylko dowód świadczy przeciw tobie i spójrz – niszczę go”.

– Postępowanie to jest tak wspaniałomyślne, że nie może być naturalne.

– Tak ksiądz sądzi?

– Jestem o tym przekonany. Do kogóż ten list był adresowany?

– Do pana Noirtier, mieszkającego na ulicy Coq-Héron nr 13 w Paryżu.

– Jak ci się zdaje, czy ten podprokurator nie miał w tym własnego interesu, aby list zniszczyć?

– Być może, bo mi ze trzy razy kazał przysięgać, że nie wspomnę nikomu ani słowa o tym liście i że nigdy nie zdradzę nazwiska z koperty.

– Noirtier – powtórzył ksiądz. – Noirtier? Znałem jakiegoś Noirtiera na dworze królowej Etrurii, był on żyrondystą za rewolucji francuskiej. A jak się twój podprokurator nazywał?

– De Villefort.

Faria parsknął śmiechem.

Dantès spojrzał nań osłupiały.

– Co się księdzu dzieje? – zapytał.

– Czy widzisz ten jasny promień słońca? – zapytał ksiądz.

– Widzę.

– Otóż teraz wszystko jest dla mnie jaśniejsze od tego promienia, tak świetlistego i przejrzystego. Biedne dziecko, biedny młodzieńcze! I ten urzędnik był dobry dla ciebie?

– Tak.

– Ten szlachetny podprokurator spalił ów list?

– Tak.

– Ten uczciwy dostawca kata kazał ci przysiąc, że nie wymienisz nigdy nazwiska Noirtier?

– Tak.

– Biedny ślepcze – a czy ty wiesz, kim jest ten Noirtier? To jego własny ojciec!

Gdyby nagle piorun uderzył Dantèsowi u stóp i otworzył mu przepaść, w której głębi byłoby widać piekło, nie sprawiłby na nim wrażenia równie elektryzującego, równie miażdżącego jak te niespodziane słowa. Powstał i porwał się za głowę obiema rękami, jakby w obawie, że mu pęknie.

– Jego ojciec! Jego ojciec! – zawołał.

– Tak, jego ojciec nazywa się Noirtier de Villefort – odpowiedział ksiądz.

I nagle Dantèsowi rozjaśniło się w głowie, wszystko, co do tej pory pozostawało w mroku, w jednej chwili stanęło jakby w jasnym blasku dnia. Owe dziwne wahania Villeforta w czasie badań, zniszczenie listu, wymuszenie przysięgi, ten głos błagający prawie, który zamiast grozić, zdawał się prosić, wszystko to razem stanęło mu przed oczyma. Krzyknął, zachwiał się jak pijany i rzucił się do otworu tunelu, co prowadził do jego celi, bełkocząc:

– Och! Muszę być sam, aby pomyśleć o tym wszystkim.

Doczołgawszy do swego lochu, rzucił się na łóżko; wieczorem dozorca zastał go w tym samym miejscu: siedział na łóżku, nieruchomy i niemy jak posąg, ze ściągniętymi rysami i oczyma wlepionymi w jeden punkt.

W czasie tych rozmyślań, podczas których godziny upływały mu jak sekundy, powziął okropne postanowienie i złożył straszliwą przysięgę.

Jakiś głos ocucił Dantèsa z tego zamyślenia; był to Faria, u którego dozorca był już także i który przyszedł zaprosić teraz Dantèsa na kolację. Jego status wariata, a co ważniejsze wariata wesołego, nadawał staremu więźniowi pewne przywileje: co niedzielę dawano mu na przykład nieco bielszy chleb i buteleczkę wina. Była właśnie niedziela i ksiądz zapraszał swego młodego towarzysza, aby podzielił z nim chleb i wino.

Dantès udał się za nim; rysy twarzy nieco mu się odprężyły, ale jego oczy przybrały wyraz stanowczości i surowości, zdradzając powzięte postanowienie. Ksiądz popatrzył na niego uważnie.

– Niekontent jestem, że ci dopomogłem w rozwiązaniu tajemnicy – rzekł.

– Dlaczego? – zapytał Dantès.

– Bo wlałem ci w serce uczucie, które tam nigdy jeszcze nie gościło: żądzę zemsty.

Dantès uśmiechnął się.

– Mówmy o czym innym – rzekł.

Ksiądz patrzył jeszcze na niego przez chwilę, potem pokiwał ze smutkiem głową; na koniec usłuchał prośby Dantèsa i wszczął rozmowę o czym innym.