Александр Дюма-сын – Hrabia Monte Christo (страница 37)
– No, no! Jak się ten człowiek nazywa?
– Danglars.
– Kim był na statku?
– Buchalterem.
– Gdybyś był kapitanem, utrzymałbyś go na stanowisku?
– Nie, gdyby tylko ode mnie to zależało, bo zdawało mi się, że były pewne nieścisłości w jego rachunkach.
– Dobrze. Czy był ktoś obecny przy twojej rozmowie z kapitanem Leclère?
– Nikt. Byliśmy sami.
– I nikt tej rozmowy nie mógł podsłuchać?
– Mógł, bo drzwi były otwarte, a nawet… chwileczkę… tak, tak; przechodził tamtędy Danglars, właśnie w chwili, gdy kapitan Leclère oddawał mi paczkę do marszałka wielkiego.
– No tak – kiwnął głową ksiądz – mamy już niewątpliwy ślad. Czy wziąłeś kogoś ze sobą na brzeg, kiedy dopłynęliście do Elby?
– Nikogo nie zabierałem.
– Dano ci tam list?
– Tak, marszałek dał mi list.
– Cóżeś z tym listem zrobił?
– Włożyłem go do pugilaresu.
– Miałeś więc ze sobą pugilares? Jak pugilares z urzędowym listem mógł się zmieścić w kieszeni marynarskiego stroju?
– Ma ksiądz słuszność, pugilares został na statku.
– Więc dopiero na pokładzie włożyłeś list do pugilaresu, a gdzie miałeś list, gdy wracałeś z Portoferraio na pokład?
– Trzymałem go w ręku.
– Kiedy więc wchodziłeś na pokład, każdy mógł zobaczyć, żeś trzymał list w ręku?
– Tak.
– Danglars tak samo, jak inni?
– Tak samo.
– Teraz słuchaj uważnie i zbierz całą pamięć: czy przypominasz sobie, jak brzmiała denuncjacja?
– O tak, czytałem ją trzy razy i każde słowo utkwiło mi w pamięci.
– Powtórz mi ją.
Dantès powtórzył co do słowa cały list denuncjacyjny.
Ksiądz wzruszył ramionami.
– To jasne jak słońce – powiedział – tylko ty jesteś naiwny i zbyt prostolinijny, skoro od razu wszystkiego nie odgadłeś.
– Tak ksiądz sądzi? – wykrzyknął Dantès – Ach, to byłaby podłość!
– Jaki charakter pisma miał Danglars?
– Piękny, nieco pochylony.
– Jakim napisano zaś donos?
– Pochylonym w lewo.
Ksiądz uśmiechnął się.
– Naumyślnie zmienionym, prawda?
– To pismo było zbyt śmiałe, aby mogło być sfałszowane.
– Czekaj no…
Wziął pióro, czy raczej to, co nazywał piórem, zanurzył w atramencie i napisał lewą ręką na przygotowanym zawczasu pasku płótna pierwsze wiersze donosu. Dantès cofnął się i spojrzał niemal z przestrachem na księdza.
– Ach, to zadziwiające – wykrzyknął – jak tamto pismo było podobne do tego.
– To dowodzi, że denuncjacja napisana była lewą ręką. Jedną rzecz zauważyłem – że litery pisane prawą ręką są zawsze różne, zaś pisane lewą ręką wyglądają identycznie.
– Więc ksiądz wszystko widział, wszystko zbadał?
– No, no, idźmy dalej, przystąpmy do drugiego pytania. Czy zależało komuś na tym, abyś nie ożenił się z Mercedes?
– O tak! Był pewien młody człowiek, który się w niej kochał.
– Jak się nazywał?
– Fernand.
– To hiszpańskie nazwisko.
– Jest Katalończykiem.
– Sądzisz, że byłby zdolny do napisania podobnego listu?
– O, nie! Ten mógłby zakłuć mnie nożem – ale nic innego.
– Tak, taka jest natura Hiszpana; morderstwo tak, ale podłość nie.
– Prócz tego nie znał szczegółów, które podaje ta denuncjacja.
– Nikomu się z nich nie zwierzałeś?
– Nikomu.
– Nawet kochance?
– Nawet narzeczonej.
– Więc to Danglars.
– O! Teraz i ja jestem tego pewien.
– Powiedz mi jeszcze, czy Danglars znał Fernanda?
– Nie… tak!… przypominam sobie…
– Co takiego?
– Dwa dni przed moim ślubem widziałem ich razem, przy jednym stole w altanie u Pamfila. Danglars był wesoły i traktował mnie przyjaźnie, a Fernand był blady i drżący.
– Czy byli sami?
– Nie, byli w trójkę. Siedział z nimi mój dobry znajomy, i to on na pewno poznał ich ze sobą – krawiec, nazywa się Caderousse, ale ten miał już dobrze w głowie. Chwileczkę… chwileczkę… Ach, jak mogłem o tym zapomnieć? Obok stołu, na stoliku stał kałamarz z piórem, leżał papier… – Dantès przetarł dłonią czoło – O nikczemni! Nikczemni!