18+
реклама
18+
Бургер менюБургер меню

Александр Дюма-сын – Hrabia Monte Christo (страница 37)

18

– No, no! Jak się ten człowiek nazywa?

– Danglars.

– Kim był na statku?

– Buchalterem.

– Gdybyś był kapitanem, utrzymałbyś go na stanowisku?

– Nie, gdyby tylko ode mnie to zależało, bo zdawało mi się, że były pewne nieścisłości w jego rachunkach.

– Dobrze. Czy był ktoś obecny przy twojej rozmowie z kapitanem Leclère?

– Nikt. Byliśmy sami.

– I nikt tej rozmowy nie mógł podsłuchać?

– Mógł, bo drzwi były otwarte, a nawet… chwileczkę… tak, tak; przechodził tamtędy Danglars, właśnie w chwili, gdy kapitan Leclère oddawał mi paczkę do marszałka wielkiego.

– No tak – kiwnął głową ksiądz – mamy już niewątpliwy ślad. Czy wziąłeś kogoś ze sobą na brzeg, kiedy dopłynęliście do Elby?

– Nikogo nie zabierałem.

– Dano ci tam list?

– Tak, marszałek dał mi list.

– Cóżeś z tym listem zrobił?

– Włożyłem go do pugilaresu.

– Miałeś więc ze sobą pugilares? Jak pugilares z urzędowym listem mógł się zmieścić w kieszeni marynarskiego stroju?

– Ma ksiądz słuszność, pugilares został na statku.

– Więc dopiero na pokładzie włożyłeś list do pugilaresu, a gdzie miałeś list, gdy wracałeś z Portoferraio na pokład?

– Trzymałem go w ręku.

– Kiedy więc wchodziłeś na pokład, każdy mógł zobaczyć, żeś trzymał list w ręku?

– Tak.

– Danglars tak samo, jak inni?

– Tak samo.

– Teraz słuchaj uważnie i zbierz całą pamięć: czy przypominasz sobie, jak brzmiała denuncjacja?

– O tak, czytałem ją trzy razy i każde słowo utkwiło mi w pamięci.

– Powtórz mi ją.

Dantès powtórzył co do słowa cały list denuncjacyjny.

Ksiądz wzruszył ramionami.

– To jasne jak słońce – powiedział – tylko ty jesteś naiwny i zbyt prostolinijny, skoro od razu wszystkiego nie odgadłeś.

– Tak ksiądz sądzi? – wykrzyknął Dantès – Ach, to byłaby podłość!

– Jaki charakter pisma miał Danglars?

– Piękny, nieco pochylony.

– Jakim napisano zaś donos?

– Pochylonym w lewo.

Ksiądz uśmiechnął się.

– Naumyślnie zmienionym, prawda?

– To pismo było zbyt śmiałe, aby mogło być sfałszowane.

– Czekaj no…

Wziął pióro, czy raczej to, co nazywał piórem, zanurzył w atramencie i napisał lewą ręką na przygotowanym zawczasu pasku płótna pierwsze wiersze donosu. Dantès cofnął się i spojrzał niemal z przestrachem na księdza.

– Ach, to zadziwiające – wykrzyknął – jak tamto pismo było podobne do tego.

– To dowodzi, że denuncjacja napisana była lewą ręką. Jedną rzecz zauważyłem – że litery pisane prawą ręką są zawsze różne, zaś pisane lewą ręką wyglądają identycznie.

– Więc ksiądz wszystko widział, wszystko zbadał?

– No, no, idźmy dalej, przystąpmy do drugiego pytania. Czy zależało komuś na tym, abyś nie ożenił się z Mercedes?

– O tak! Był pewien młody człowiek, który się w niej kochał.

– Jak się nazywał?

– Fernand.

– To hiszpańskie nazwisko.

– Jest Katalończykiem.

– Sądzisz, że byłby zdolny do napisania podobnego listu?

– O, nie! Ten mógłby zakłuć mnie nożem – ale nic innego.

– Tak, taka jest natura Hiszpana; morderstwo tak, ale podłość nie.

– Prócz tego nie znał szczegółów, które podaje ta denuncjacja.

– Nikomu się z nich nie zwierzałeś?

– Nikomu.

– Nawet kochance?

– Nawet narzeczonej.

– Więc to Danglars.

– O! Teraz i ja jestem tego pewien.

– Powiedz mi jeszcze, czy Danglars znał Fernanda?

– Nie… tak!… przypominam sobie…

– Co takiego?

– Dwa dni przed moim ślubem widziałem ich razem, przy jednym stole w altanie u Pamfila. Danglars był wesoły i traktował mnie przyjaźnie, a Fernand był blady i drżący.

– Czy byli sami?

– Nie, byli w trójkę. Siedział z nimi mój dobry znajomy, i to on na pewno poznał ich ze sobą – krawiec, nazywa się Caderousse, ale ten miał już dobrze w głowie. Chwileczkę… chwileczkę… Ach, jak mogłem o tym zapomnieć? Obok stołu, na stoliku stał kałamarz z piórem, leżał papier… – Dantès przetarł dłonią czoło – O nikczemni! Nikczemni!