Адам Мицкевич – Grażyna (страница 7)
W pałacu świeższa murawa i kwiecie:
Takim podłoga kobiercem osnuta,
Takie po ścianach rozwisłe bisiory90,
Z liściem ze srebra i kwieciem ze złota:
Nad dzieło bogiń, nad smug różnowzory
Cudniejsza branek lechickich robota…
W kratach u niego szklanne okienice,
Przywoźne91 kędyś92 aż od ziemi końca,
Błyszczą jak polskich rycerzy zbroice,
Albo jak Niemen, przed oczyma słońca
Spod śniegu zimne gdy odsłoni lice.
A ja – com zyskał za rany i znoje?
Com zyskał, że od maleńkiego wieku
Z pieluchów zaraz przewiniony w zbroje,
Książę jak Tatar żył o końskim mleku?…
Cały dzień konno, w wieczór końska grzywa
Poduszką moją, przy niej noc wystoję,
A rankiem znowu trąba na koń wzywa…
Że wtenczas, kiedy moi rówiennicy93,
Jeżdżąc na kijach, szablami z łuczywa
Bezpiecznie sobie grali po ulicy,
By siwą matkę lub dziecinną siostrę
Zabawić wojny kłamanej obrazem:
Wtenczas z Tatary jam gonił na ostre94
Lub wręcz z Polaki95 ścinał się96 żelazem!
Przecież me państwa, od Erdwiłła czasu,
I piędzią szerzej ziemi nie zaległy97!…
Patrz na te mury z dębowego lasu98
I na ten pałac mój z czerwonej cegły;
Pójdź przez komnaty pradziadów siedliska:
Gdzie szklanne kuple99? Gdzie kruszcowe łupy?
Miasto100 blach złotych, mokry kamień błyska;
Miasto kobierców śniade mchu skorupy!
Cóżem chciał wynieść z ognia i kurzawy?
Państwa czy skarby? Nie; nic – kromia101 sławy!
Ale i sławą wszystkim ponad głowę
Witołd podleciał: Witołd wszystkich gasi!
Jego, jakoby drugiego Mindowę,
Na ucztach wielbią wajdeloci nasi102;
Jego na strunach i na wieszczym rymie
Do potomnego wysyłają blasku:
Nasze śród gminu kto wypatrzy imię?
Kto podjąć raczy z niepamięci piasku?…
Przecież nie zajrzym103. Niech walczy, niech gromi,
Niechaj się w imię i skarby bogaci:
Tylko – niech zęba chciwego poskromi,
Od swych ojczyców104, od ziemie105 swej braci!
Czyż dawno w środku pokoju i zgody
Gwałtem litewska wstrząśniona stolica?
Czyż dawno Witołd kniaziów wielkich grody
Naszedł i z tronu zmiótł Olgierdowica106
I sam owładał107? A tak lubi władać,
By jego poseł, jak Krywejty goniec108,
Książąt podwyższał albo zmuszał spadać!…
O! czas, że temu położymy koniec;
Czas, że po sobie jeździć nie dozwolim!…
Póki młodego w piersiach żywię ducha,
Póki żelazo ręki zdrowej słucha,
Dopóki koń mój ze skrzydłem sokolim,
Com z łupów krymskich jednego wziął sobie,
Jakiemu równy dany tobie drugi,
A jeszcze dziesięć rże przy moim żłobie,
Którymi wierne poobdzielam sługi…
Dopóki koń mój… póki szabla moja…»
Tu mu gniew słowa i tchnienie zatłoczył.