Януш Корчак – Kiedy znów będę mały (страница 6)
Przymrużył jedno oko, tak jakoś usta wykrzywił i jak błazen, szeroko rozstawiając nogi, wyszedł, a ja za nim.
Na podwórko już nie wychodzę, tylko czekam, żeby się pauza skończyła.
Podchodzi Mundek. Popatrzał chwilę – i cicho:
– Nie chcesz wyjść się pobawić?
Mówię:
– Nie.
Znów postał, popatrzył, czy chcę z nim rozmawiać.
Ten co innego; mówię mu: tak i tak.
– Nie wiem, czy mi przebaczył.
Pomyślał chwilę.
– Musisz się przepytać. W złości tak powiedział. Wejdź do kancelarii – pewnie zapomniał.
I były rysunki.
Pani mówi, żeby każdy rysował, co chce: liść jaki albo zimowy krajobraz, albo co chce.
Biorę ołówek: co by tu narysować?
A nigdy się nie uczyłem. Jak byłem duży, też nie bardzo umiałem. W ogóle za moich czasów niedobre były szkoły. Surowo było i nudno. Nic nie pozwalali. Tak było obco, zimno i duszno, że kiedy się później śniła, zawsze się spocony budziłem i zawsze szczęśliwy, że sen, a nie prawda.
– Nie zacząłeś jeszcze? – pyta się pani.
– Myślę, jak zacząć.
A pani od rysunków ma jasne włosy i miły uśmiech. Spojrzała mi w oczy i powiada:
– No, myśl sobie, może co ładnego wymyślisz.
I sam nie wiem dlaczego, ale powiedziałem:
– Narysuję szkołę, jaka była dawniej.
– A ty skąd wiesz, jaka była?
– Ojciec mi opowiadał.
Musiałem skłamać przecież.
– Dobrze – mówi pani – to będzie bardzo ciekawe.
Myślę:
„Uda się czy nie uda? Przecież chłopaki też niewielcy malarze”.
Rysuję niezgrabnie, ale nic – najwyżej będą się śmieli. Niech się śmieją.
Są obrazy, które się składają z trzech: jeden we środku, a dwa po bokach. Każdy inny, ale stanowią całość. Nazywa się tryptyk taki obraz.
Podzieliłem stronicę na trzy części. Na środku narysowałem pauzę. Jak chłopcy się gonią, a jeden coś zbroił, bo nauczyciel rwie go za ucho, a on się wyrywa i płacze. A ten go trzyma za ucho i taką jakby szpicrutą wali po plecach. Chłopak nogę podniósł w górę, zupełnie jakby wisiał w powietrzu. A inni patrzą: głowy pospuszczali, nic nie mówią, bo się boją.
To było we8 środku.
Na prawo narysowałem klasę: jak nauczyciel daje linią łapy9. Tylko jeden lizuch10 z pierwszej ławki się śmieje, a innym żal.
A na lewo dają już prawdziwe rózgi. Chłopiec leży na ławce, woźny trzyma za nogi. A nauczyciel kaligrafii, z brodą, podniósł rękę do góry i rózgę. Taki mroczny, jakby więzienny obraz. Takie ciemne tło dałem.
Na górze napisałem: „Tryptyk – dawna szkoła”.
Jak miałem osiem lat, ja do tej szkoły chodziłem. To była moja pierwsza szkoła początkowa11, nazywała się – przygotowawcza.
Pamiętam, jeden chłopiec dostał wtedy rózgi. Nauczyciel kaligrafii go bił. Tylko nie wiem, czy nauczyciel nazywał się Koch, a uczeń Nowacki, czy uczeń Koch, nauczyciel Nowacki.
Strasznie się wtedy bałem. Tak mi się jakby zdawało, że jak jemu skończą, to mogą mnie złapać. I wstydziłem się okropnie, bo go bili na goło. Wszystko mu poodpinali. I przy całej klasie, zamiast kaligrafii.
Brzydziłem się potem chłopca i nauczyciela. A potem, jak się tylko ktoś gniewał albo krzyknął, zaraz czekałem, że będą bili.
Ten Koch czy Nowacki nie był porządny. Kiedy był porządkowy, zamiast gąbkę zamoczyć pod studnią, wziął i na nią narobił. A potem jeszcze się chwalił, rozpowiedział wszystkim.
Nauczyciel wchodzi, każe tablicę wytrzeć, bo było namazane. Nikt nie chce. Więc się rozzłościł i sam bierze gąbkę. I nie wiem, czy się zaczęli śmiać, czy jak, dość, że powiedzieli. I za to dostał rózgi.
Byłem wtedy zupełnie mały i niedługo do tej szkoły chodziłem. A widzę wyraźnie, jakby wczoraj dopiero. I czuję tak samo wszystko. I rysuję, aż mi ołówek lata. Aż się dziwię.
Główki uczniów wychodzą małe, ale staram się, żeby każda była inna, żeby znać było grymas na twarzach. I żeby każdy był inny: jeden oparty, jeden przystanął. Siebie też narysowałem, ale nie w pierwszym rzędzie.
Rysuję, a uszy palą: tak gorąco, jakbym się gonił.
Rysowałem w natchnieniu.
Byłem już raz dorosły, więc wiem, co się nazywa natchnienie. Mickiewicz napisał w natchnieniu
Natchnienie – to kiedy trudna robota nagle robi się łatwa. I ogromnie przyjemnie wtedy rysować czy pisać albo tylko wycinać czy majstrować. Wszystko się wtedy udaje i nawet nie wie się, jak to się robi. Jakby samo, jakby ktoś za mnie robił, a ja tylko patrzę. A kiedy skończę, dziwię się, jakby była nie moja robota. I jestem zmęczony, ale zadowolony, że mi się dobrze udało.
I ja mam natchnienie, nie wiem wcale, co się wokoło mnie dzieje.
Zdaje mi się, że dzieci często robią w natchnieniu, tylko im przeszkadzają.
Na przykład, opowiadasz coś albo czytasz, albo piszesz. I wychodzi dobrze. Albo od razu zrozumiałeś zadanie. Nawet może być jakiś błąd, ale to nie błąd albo bardzo mały. A tu ci nagle przerwą, każą poprawić, powtórzyć, coś jeszcze dodadzą, objaśnią. I od razu wszystko przepadło. Zły jesteś i już ci się nie chce, i już się nie uda.
Natchnienie – to jakby rozmowa człowieka z Bogiem. I nikt nie ma prawa się wtrącać. Bo wtedy muszę być sam, żeby nie widzieć, nie słyszeć.
Teraz tak właśnie było. Pani stoi za mną, patrzy, jak rysuję, a ja nic, tylko poprawiam. Tylko jedną kreseczkę, jedną kropeczkę dodam i coraz lepiej wychodzi.
Pani musiała długo stać, tylko nie wiedziałem.
Dopiero patrzę z daleka i znów coś dodaję, ale coraz ostrożniej. Bo można zepsuć, jeżeli za wiele poprawiać. I jestem zmęczony. I nagle poczułem. Podnoszę głowę, a pani się uśmiecha i rękę mi przyłożyła do policzka.
Nie lubię, kiedy mnie kto głaszcze albo dotyka. Ale teraz pani ręka była chłodna i miękka. I uśmiechnąłem się.
A pani się pyta:
– Skąd wiesz, że to tryptyk?
– Wiem, widziałem na obrazku, na pocztówce, w kościele.
Plączę się i jeszcze się bardziej zaczerwieniłem. I dopiero pani się pyta:
– Czy można?
Podaję zeszyt i mówię:
– Proszę.
A pani patrzy na dawne rysunki i na ten ostatni. A Wiśniewski wyskoczył ze swojej ławki i także nos wsadza i mówi:
– Tryptyk.
Bałem się, że pani zacznie pokazywać i chwalić, że dobrze. Przecież powinna zrozumieć, że w takiej gromadzie zawsze się znajdzie zazdrosny albo błazen i potem będzie dokuczał, wyśmiewał. I pani to rozumiała, bo Wiśniewskiemu kazała iść na miejsce, a mnie tylko powiedziała:
– No, odpocznij sobie teraz.