Януш Корчак – Kajtuś Czarodziej (страница 24)
Śniło się, że siedzi w głębokim fotelu, krytym ceratą. Śniło się, że ma na głowie szpiczasty kapelusz alchemika i na szyi – krawat czerwony w zielone grochy. Że siedzi przy biurku. Na biurku czarny kot, sowa, trupia czaszka i to coś, co trzyma Kopernik na pomniku40.
I księgi. Grube, ciężkie księgi.
Bo widział Kajtuś na wystawie starą księgę w żółtej skórzanej oprawie z klamrą zamykaną.
Wstąpił do sklepu, żeby obejrzeć i o cenę zapytać. Ale nie chcieli wyjąć z wystawy i pokazać.
– To drogie. To nie dla ciebie.
(Pewnie pradziadek i dziadek mieli takie księgi).
Widział Kajtuś w księgarni książki tajemnicze:
Nieciekawe. Tylko żeby pieniądze wyłudzić. Żeby ludzi tumanić.
Co byłaby za sztuka, gdyby każdy mógł kupić, przeczytać i wiedzieć?
Trzeba się nauczyć czynić mądre czary. Rozumne, pożyteczne – celowe.
Bo co?
Kłopot duży, a pożytku mało.
Scyzoryk mu zabrali. Zegarek znikł i więcej się nie pokazał.
Przez te dwa złote wtedy mało złodziejem go nie zrobili: tak przykro pani na niego spojrzała, tak nieufnie, tak podejrzliwie.
Za wyczarowane pieniądze raz jeden był w kinie; ale obraz akurat był nudny. Wyjść przed końcem szkoda, więc siedzi w ciemnej i śmierdzącej sali jak głupi.
Tylko kredki zostały z całego kramu.
Teraz będzie inaczej.
Może Kajtuś nie miesiąc, ale cały rok czekać. Może nawet za młody, dlatego nie wie, jakie ma prawa, nie wie, co się uda, co będzie.
W zeszłym roku pan kazał zasiać groch i fasolę, kazał notować, jakie zmiany zajdą w roślinach. Niecierpliwił się Kajtuś, że na każdą zmianę trzeba długo czekać. Bo chciał od razu kiełek, pączek, listek, korzonek, łodygę.
Potem inaczej: już zasiał sam dla siebie. I przyjemnie było wiedzieć z góry, co się jutro stanie.
Tak samo trzeba czary badać i zapisywać. I nie tylko czary.
Kupił dzienniczek.
Podpisał:
Pamiętnik.
Zapisał:
Wtorek. Była klasówka z rachunków. Udało się dobrze. Zrobiłem.
Jeden z pierwszych rozwiązał zadanie. I bez pomocy czarów.
Tak nawet przyjemniej.
Zapisał:
Sobota. Zarobiłem czterdzieści groszy.
To tak było:
Idzie Kajtuś przez targ, a pani idzie z koszem.
Prosi:
– Pomóż. Zanieś ze mną do domu, jeżeli uradzisz.
– Fi, nie takie kosze nosiłem – pochwalił się Kajtuś.
A kosz ciężki.
Bierze. Niesie. Ręce mdleją.
– Czy jeszcze daleko?
– Nie. Tu zaraz.
Zaraz nie zaraz. Bez kosza byłoby może blisko, ale z ciężarem daleko.
Przystaje. Przekłada z ręki do ręki.
– Daj, pomogę – mówi pani.
– Nie trzeba – mruknął niechętnie.
Nosił nieraz za babcią, da radę i teraz.
Nareszcie. Chce odejść, myśli, że zwyczajna przysługa. A ona:
– Masz za fatygę na cukierki.
– Nie trzeba.
– Weź, bo mnie obrazisz. Należy ci się. Dziękuję za pomoc.
– Ha! – bierze czterdzieści groszy.
– Nie wydam. Zarobione. Schowam na pamiątkę.
I zadowolony, że własne, że wie, za co dostał, i wie, od kogo.
Zapisał w pamiętniku:
R. do mojej kr. – Kość. T. s. i. d. b.
Nikt nie zrozumie, nawet jeśli przeczyta. Sam tylko wie…
Bo Kajtuś chce mieć kryjówkę. Musi znaleźć miejsce samotne, tam będzie czarował z dala od ludzi.
Będzie miał słoiki z maścią gojącą i butelki z eliksirem życia.
Zamiast czaszki położy tymczasem kość – szczękę końską z białymi zębami.
Znalazł tę kość w piachu nad Wisłą i przyniósł do domu.
– Po co ci te butelki i kość – mówi babcia. – I tak dosyć masz śmieci.
– Przyda się – mówi Kajtuś niechętnie.
Dorośli myślą, że wszystko głupstwo, co ich nie obchodzi, i wszystko śmieci, czego nie można kupić i sprzedać.
Upłynęły dwa tygodnie. Potem Kajtuś zaczął się niecierpliwić. Bo jeśli każdy czeka na święta albo na imieniny, to cóż dopiero czarodziej na urlopie?
W dodatku zaczęło się źle powodzić i w domu, i w szkole.