Януш Корчак – Kajtuś Czarodziej (страница 20)
– Dosyć.
I pędem, co tchu – do domu.
Drugi raz.
Chciał znaleźć na ulicy, a znalazł na schodach, ale tylko pięć groszy.
Tylko piątka; ale nowa, z blaskiem, jak złoto.
I dawniej zdarzało się, że Kajtuś znajdzie to i owo. Zgubił gumkę, znalazł ołówek, zgubił pióro, znalazł temperówkę.
I Kajtuś gubi, i inni. Bo wypadnie coś w biegu z kieszeni albo wyśliźnie się z teczki.
Albo dorosły rzuci; bo wyrzucają takie rzeczy, które mogą się przydać: jakiś sznurek, pudełko, buteleczkę, program do kina.
Ale to zupełnie co innego.
Trzeci raz było inaczej.
Już zniechęcony, wcale nie szukał. Spieszy się do szkoły.
Nie to nie.
Gdy nagle.
– Chcę znaleźć sto złotych!
Bo co ryzykuje?
I zaraz koło narożnego sklepu przy samym schodku – podnosi całą złotówkę, a obok: dwa razy po pięćdziesiąt groszy. Więc razem dwa złote.
Więc może więcej żądać? Może się z nim targuje nieznany naczelnik?
Wtedy pierwszy raz przyszło mu do, głowy, że i czarnoksiężnik ma swój rząd i władzę. Nie jest niezależny. Są jakieś tajne rozkazy.
No więc co? Ma dwa złote. Wesół36 idzie do szkoły.
Spotkał kolegów. Pochwalił się. Pokazał.
Nie przeczuwa, że będzie miał przykrość.
Bo było tak, że ostatnio zaczęły ginąć różne rzeczy w szkole: giną śniadania, książki, rękawiczki, szalik.
Próbował nawet Kajtuś wykryć szkodnika czarodziejskim sposobem, bo nieprzyjemnie. Ale nic z tego nie wyszło.
I właśnie na Kajtusia padło podejrzenie, że chłopcu zabrał.
Bo pani zbierała składkę od tych, co jeszcze nie dali. A tamten w bek: miał dwa złote – zginęły; ukradli.
– Gdzie miałeś?
– W teczce. Nie w teczce, a w kieszeni.
– Możeś zgubił na ulicy?
Nie. Były. Miał w szatni. Położył na oknie.
– Kto z was ma jakie pieniądze?
Chłopcy wyjmują, pokazują. Ten ma dziesięć groszy, ten trzydzieści, ten ma dwie zagraniczne monety.
Kajtuś od razu się przyznał.
– Skąd masz dwa złote? – pyta się pani.
– Znalazłem na ulicy.
Pani nieprzyjemnie spojrzała na Kajtusia.
Wzięła pani dwa złote i pyta się tamtego:
– Twoje?
A tamten:
– Moje.
Dopiero wtrącili się chłopcy:
– On kłamie, proszę pani. Wcale nie jego. Nie miał. On udawał, że płacze.
Kajtuś spokojnie patrzy pani w oczy. Tamten stoi czerwony, zmieszany. Aż wyjąkał:
– Moje były całe: jedne, razem dwa złote. Nie osobno.
– Mogę mu dać – mówi Kajtuś. – Niech bierze.
Pani nie wie, co robić, a chłopcy buntują Kajtusia:
– Nie dawaj, głupi. Patrzcie go, oszukaniec. Mówi, że miał na oknie, w kieszeni i w teczce. Miał inne, a mówi, że jego. O, znalazł i się, mądry! On kłamie. Nie miał wcale. Zawsze oszukuje. Kajtuś pokazał nam na ulicy, że znalazł.
Kajtuś wzruszył ramionami.
Pani chwilę pomyślała.
– Opowiedz, gdzie znalazłeś?
Powiada, jak było. Zamilczał, rozumie się, o czarach.
– Więc dajesz?
– Niech weźmie, kiedy mówi, że zgubił. To przecież nie moje.
A tamten bierze. Ręce mu się trzęsą. I już teraz naprawdę płacze.
Znów dziwnie jakoś poplątane.
– Może czarodziejska siła jednemu daje, drugiemu zabiera?
Bo przedtem także.
Chciał spróbować, inaczej.
Chciał wypróbować, czy można na innego przelać swój czar.
Wydał rozkaz, żeby mama znalazła złotówkę.
A mama wraca z miasta i dziwną historię opowiada:
– Znalazłam pięć złotych. Rozglądam się, kto zgubił. Widzę, staruszek szuka. Pytam go się. Ucieszył się, biedaczysko. Właśnie było jego.
Dziko jakoś wyszło.
Takie to wszystko pokiełbaszone, że ani rusz zrozumieć.
Znalazł Kajtuś scyzoryk i kredki.
Scyzoryk leżał na środku ulicy. Leżał tak wyraźnie, a nikt go nie widział i nie podniósł.