Генрик Сенкевич – Krzyżacy, tom drugi (страница 18)
– Przysięgamy! przysięgamy!
– Na rycerską cześć i na klejnot?
– Na rycerską cześć i na klejnot!
– I na krzyż także?
– I na krzyż!
– Bóg słyszał. Amen! – zakończył Maćko.
I odetchnął głęboko, bo wiedział, że takiej przysięgi dotrzymają, choćby każden364 miał sobie pięści z gniewu i złości poobgryzać.
I począł się zaraz żegnać, ale oni zatrzymali go prawie przemocą. Musiał pić i pokumał się ze starym Wilkiem, młody zaś, choć zwykle po pijanemu zwady szukał, tym razem odgrażał się tylko na Cztana, a koło Maćka zabiegał tak gorliwie, jakby zaraz jutro miał dostać od niego Jagienkę. Przed północą jednak omdlał z wysiłku, a gdy go docucono, zasnął kamieniem. Stary poszedł wkrótce za przykładem syna, tak że Maćko zostawił ich obu jak nieżywych przy stole.
Sam jednak, mając głowę nad miarę wytrzymałą, nie był pijany, tylko nieco rozochocon, więc wracając do domu, rozmyślał prawie z radością o tym, czego dokazał.
– No! – mówił sobie. – Bogdaniec bezpieczny i Zgorzelice bezpieczne. Powściekają się z przyczyny Jagienkowej jazdy, a strzec i mojego, i jej dobra będą, bo muszą. Pan Jezus dał człeku obrotność… Jak gdzie nie można pięścią, to trzeba rozumem… Jeśli wrócę, nie bez tego będzie, żeby mnie stary w pole nie pozwał, ale mniejsza o to… Bóg by dał, żeby tak i Krzyżaków usidlić… Ale z nimi trudniej… Nasz, choć trafi się i psubrat, wszelako gdy na rycerską cześć i klejnot przysięże, to i zdzierży365, a dla nich przysięga tyle, co plucie na wodę. Ale może mnie Matka Pana Chrystusowa wesprze, że przydam się na coś Zbyszkowi, jakom się teraz Zychowym dzieciom i Bogdańcowi przydał…
Tu przyszło mu do głowy, że po prawdzie mogłaby dziewczyna nie jechać, bo dwaj Wilkowie będą jej strzegli jak źrenicy oka. Po chwili jednak porzucił tę myśl: „Wilkowie będą jej strzegli, ale za to Cztan będzie tym bardziej nastawał. Bóg wie, kto kogo zmoże366, a rzecz pewna, że zdarzą się bitki i napaści, w których ucierpieć mogą Zgorzelice, Zychowe sieroty i sama nawet dziewczyna. Wilkom pilnować samego Bogdańca będzie łatwiej, a dla dziewki lepiej w każdym razie, by była z dala od tych dwóch zabijaków i zarazem blisko bogatego opata”. Maćko nie wierzył w to, by Danusia mogła wyjść żywa z rąk krzyżackich, więc nie wyzbył się jeszcze nadziei, że gdy czasem Zbyszko wróci wdowcem, wówczas niechybnie poczuje ku Jagience wolę Bożą.
– Hej, mocny Boże! – mówił sobie – żeby tak, mając Spychów, jeszcze potem Jagienkę wziął z Moczydołami i z tym, co jej opat ostawi, nie pożałowałbym i kamienia367 wosku na świece!
Na podobnych rozmyślaniach prędko zeszła mu droga z Brzozowej, jednakże przybył późną już nocą i zdziwił się, ujrzawszy mocno oświecone błony okien. Parobcy też nie spali, bo zaledwie wjechał na oborę368, wybiegł ku niemu stajenny.
– Goście jakowiś czy co? – zapytał Maćko, zsiadając z konia.
– Jest panicz ze Zgorzelic z Czechem – odrzekł stajenny.
Maćka zdziwiły te odwiedziny. Jagienka obiecała przyjechać nazajutrz do dnia i mieli zaraz ruszać. Czemu więc przyjechał Jaśko i to tak późno.
Stary rycerz pomyślał, że mogło się coś przytrafić w Zgorzelicach, i z pewnym niepokojem w duszy wszedł do domu.
Ale w izbie, w wielkim glinianym kominie, który zastąpił we dworze zwykle ułożone na środku izby ognisko, paliły się jasno i wesoło żywiczne szczypki, a nad stołem płonęły w żelaznych kunach dwie pochodnie, przy których blasku ujrzał Maćko Jaśka, Czecha Hlawę i jeszcze jednego młodego pachołka, z twarzą rumianą jak jabłuszko.
– Jakoże się miewasz, Jaśku, a co tam z Jagienką? – zapytał stary szlachcic.
– Jagienka kazała wam powiedzieć – rzekł całując go w rękę chłopak – że się rozmyśliła i woli zostać doma.
– Bójcieże się Boga! a to co? jak? Cóż jej tam do głowy strzeliło?
A chłopak podniósł na niego modre oczęta i począł się śmiać.
– Czegoż się rzechoczesz369?
Lecz w tej chwili Czech i drugi pachołek wybuchnęli także wesołym śmiechem.
– Widzicie! – zawołał mniemany chłopak – któż mnie pozna, skoroście wy nie poznali?
Dopieroż Maćko przypatrzył się wdzięcznej figurce uważniej i zawołał:
– W imię Ojca i Syna! Czyste370 zapusty371! A ty tu, skrzacie, czego?
– Ba! czego?… Komu w drogę, temu czas!
– Miałaś przecie jutro świtaniem przyjechać?
– Jużci! Jutro świtaniem, żeby wszyscy widzieli! Jutro pomyślą w Zgorzelicach, żem u was w gościnie, i nie opatrzą się372 aż pojutrze. Sieciechowa i Jaśko wiedzą, ale Jaśko obiecał na rycerską cześć, że powie dopiero wtedy, gdy poczną373 się niepokoić. Ale nie poznaliście mnie – co?
Więc z kolei począł się Maćko śmiać.
– A niechże ci się ta jeszcze przyjrzę… Hej! okrutnie śwarny374 z ciebie pacholik!… i osobliwy, bo z takiego można się i przychowku375 doczekać… Sprawiedliwie mówię! Żebym to nie był stary – no! Ale i tak ci powiadam: waruj się376, dziewko, włazić mi w oczy! waruj się!…
I począł jej przygrażać377 palcem, śmiejąc się, ale patrzył na nią z wielkim upodobaniem, albowiem takiego pachołka nigdy w życiu nie widział.
Na głowie miała pątliczek378 jedwabny czerwony, na sobie zielony sukienny kubrak, a zaś spodenki buchaste379 przy biodrach, a dalej obcisłe, w których jedna nogawiczka była barwy pątlika, druga w podłużne pasy. I z bogatym kordzikiem przy boku, z uśmiechniętą i jasną jak zorza twarzą wyglądała tak ślicznie, że oczu nie można było od niej oderwać.
– Boga mi! – mówił rozweselony Maćko. – Alibo cudne jakoweś paniątko, alibo kwiatuszek czy co?
Po czym zwrócił się do drugiego pachołka i zapytał?
– A ten tu?… pewnikiem też jaki odmieniec?
– A wżdy to Sieciechówna – odrzekła Jagienka. – Nieskładnie by mi było samej między wami, bo jakże? To dlatego wzięłam z sobą Anulkę, że we dwie raźniej, i pomoc jest, i sługa. Jej też nikt nie pozna.
– Masz ci babo wesele! Mało było jednej, będzie dwie.
– Nie przekomarzajcie się.
– Nie przekomarzam się ja, ale przecie w dzień każdy pozna i ją, i ciebie.
– Ba! a po czym?
– Bo ci kolana k'sobie380 idą – i jej też.
– Dajcie spokój!…
– Jużci dam, bo mi nie pora, ale czy i Cztan z Wilkiem dadzą, Bóg wie. Wiesz ty, bąku, skąd wracam? Z Brzozowej.
– Na miły Bóg! Co też mówicie?
– Prawdę, jako i to prawda, że Wilkowie będą bronili od Cztana i Bogdańca, i Zgorzelic. No! pozwać nieprzyjaciół i pobić się z nimi łatwo, ale z nieprzyjaciół stróżów własnego dobra uczynić to nie byle cap potrafi.
Tu Maćko począł opowiadać o swoich odwiedzinach u Wilków, jak ich sobie zjednał i na hak przywiódł381, a ona słuchała z wielkim zdumieniem, a gdy wreszcie skończył, rzekła:
– Chytrości to Pan Jezus wam nie poskąpił, i miarkuję382, że wszystko tak zawsze będzie, jak chcecie.
Lecz Maćko począł na to kiwać głową jakby ze smutkiem.
– Ej, dziewczyno, kiedy by tak wszystko było, jako ja chcę, to ty byś dawno już była gospodynią w Bogdańcu!
Na to Jagienka popatrzyła na niego czas jakiś swymi modrymi383 oczyma, po czym zbliżywszy się, pocałowała go w rękę.
– Czegóż mnie boćkasz384? – zapytał stary.
– Nic!… Mówię jeno dobranoc, bo późno, a jutro trzeba nam do dnia385 ruszyć.
I zabrawszy Sieciechównę, odeszła, a Maćko zaprowadził Czecha do alkierza386, gdzie ległszy na żubrzych skórach, zasnęli obaj snem mocnym i krzepiącym.
Rozdział dziesiąty
Jakkolwiek po zniszczeniu, pożodze387 i rzezi, którą w 1331 r. wyprawili388 w Sieradzu Krzyżacy, Kazimierz Wielki389 odbudował zrównane z ziemią miasto – nie było ono jednak zbyt świetne i nie mogło iść w porównanie z innymi grodami Królestwa. Ale Jagienka, której życie płynęło dotychczas między Zgorzelicami a Krześnią, nie posiadała się ze zdumienia i podziwu na widok murów, wież, ratusza, a zwłaszcza kościołów, o których drewniany krześnieński nie dawał najmniejszego pojęcia. W pierwszej chwili straciła tak dalece zwykłą rezolutność390, że nie śmiała mówić głośno i tylko szeptem wypytywała Maćka o te wszystkie cuda, od których olśniewały jej oczy, gdy zaś stary rycerz upewniał ją, że Sieradzowi tak do Krakowa jako zwyczajnej głowni391 do słońca, uszom nie chciała wierzyć, albowiem wydawało się jej prostym niepodobieństwem, aby mógł istnieć drugi równie wspaniały gród na świecie.
W klasztorze przyjął ich ten sam zgrzybiały przeor392, który pamiętał jeszcze z dziecinnych lat rzeź krzyżacką i który poprzednio przyjmował Zbyszka. Wiadomości o opacie393 sprawiły im smutek i kłopot. Mieszkał on długo w klasztorze, ale przed dwoma tygodniami wyjechał do swego przyjaciela, biskupa płockiego. Chorzał ciągle. Za dnia, z rana bywał przytomny, ale wieczorami tracił głowę, zrywał się, kazał sobie nakładać pancerz i pozywał na bitwę księcia Jana z Raciborza394. Klerykowie waganci395 musieli go siłą trzymać w łożu, co nie przychodziło bez wielkich trudności, a nawet i niebezpieczeństwa. Przed dwoma dopiero tygodniami oprzytomniał całkiem i pomimo że osłabł jeszcze bardziej, kazał się zaraz wieźć do Płocka.
– Mówił, że nikomu tak nie ufa jako biskupowi płockiemu – kończył przeor – i że z jego rąk chce przyjąć Sakramenta, a przy tym i testament u niego zostawić. Przeciwialiśmy się tej podróży, jakeśmy mogli, bo był mdły396 bardzo, i baliśmy się, że i mili żyw nie ujedzie. Ale przeciwić mu się niełatwo, więc szpylmany397 wymościli wóz i powieźli go, daj Boże, szczęśliwie.