Болеслав Прус – Lalka, tom drugi (страница 15)
– Panie Siuzę – rzekł – wiele mi na tym zależy, ażebyśmy się porozumieli… Powiedz mi, czy masz jakie obowiązki: żonę, dzieci?… – Chociaż – nie zdaje mi się…
– Nie mam nikogo.
– I majątek masz? Milion…
– Prawie.
– A powiedz mi – mówił Geist – dlaczego ty myślisz o samobójstwie?…
Wokulski wstrząsnął się.
– To było chwilowe – rzekł. – Doznałem zawrotu w balonie…
Geist kręcił głową.
– Majątek masz – mruczał – o sławę, przynajmniej dotychczas, nie dobijasz się… Tu musi być kobieta!… – zawołał.
– Może – odparł Wokulski, bardzo zmieszany.
– Jest kobieta! – rzekł Geist. – To źle. O niej nigdy nie można wiedzieć, co robi i dokąd zaprowadzi… W każdym razie słuchaj – dodał patrząc mu w oczy. – Gdyby ci kiedy jeszcze raz przyszła ochota próbować… Rozumiesz?… Nie zabijaj się, ale przyjdź do mnie…
– Może zaraz przyjdę… – rzekł Wokulski spuszczając oczy.
– Nie zaraz! – odparł żywo Geist. – Kobiety nigdy nie gubią ludzi od razu. Czy już skończyłeś z tamtą osobą rachunki?…
– Zdaje mi się…
– Aha! dopiero zdaje ci się. To źle. Na wszelki wypadek, zapamiętaj radę. W moim laboratorium bardzo łatwo można zginąć, i jeszcze jak!…
– Coś pan przyniósł, profesorze? – zapytał go Wokulski.
– Źle! źle!… – mruczał Geist. – Muszę szukać kupca na mój materiał wybuchowy. A myślałem, że połączymy się…
– Pierwej pokaż pan, coś przyniósł – przerwał Wokulski.
– Masz rację… – odparł Geist i wydobył z kieszeni średniej wielkości pudełko. – Zobacz – rzekł – za co to ludzi nazywają szaleńcami!…
Pudełko było z blachy, zamknięte w szczególny sposób; Geist po kolei dotykał sztyftów osadzonych w różnych punktach, od czasu do czasu rzucając na Wokulskiego spojrzenia gorączkowe i podejrzliwe. Raz nawet zawahał się i zrobił taki ruch, jakby chciał schować pudełko; ale opamiętał się, dotknął jeszcze paru sztyftów i – wieko odskoczyło.
W tej chwili opanował go nowy atak podejrzliwości. Starzec padł na kanapę, ukrył pudełko za siebie i trwożnie spoglądał to na pokój, to na Wokulskiego.
– Głupstwa robię!… – mruczał. – Co za nonsens narażać wszystko dla pierwszego lepszego z ulicy…
– Nie ufasz mi pan?… – spytał nie mniej wzruszony Wokulski.
– Nikomu nie ufam – mówił zgryźliwie starzec. – Bo jaką mi dać kto może rękojmię?… Przysięgę czy słowo honoru?… Za stary jestem, aby wierzyć w przysięgi… Tylko wspólny interes jako tako zabezpiecza od najpodlejszej zdrady, a i to nie zawsze…
Wokulski wzruszył ramionami i usiadł na krześle.
– Nie zmuszam pana – rzekł – do dzielenia się ze mną twoimi kłopotami. Mam dosyć własnych.
Geist nie spuszczał z niego oka, lecz stopniowo uspakajał się. W końcu odezwał się:
– Przysuń się tu do stołu… Spojrzyj, co to jest?
Pokazał mu metalową kulkę ciemnej barwy.
– Zdaje mi się, że to jest metal drukarski156.
– Weź w rękę…
Wokulski wziął kulkę i aż zdziwił się, tak była ciężka.
– To jest platyna157 – rzekł.
– Platyna?… – powtórzył Geist z drwiącym uśmiechem. – Oto masz platynę…
I podał mu tej samej wielkości kulkę platynową. Wokulski przekładał obie z rąk do rąk; zdziwienie jego wzrosło.
– To jest chyba ze dwa razy cięższe od platyny?… – szepnął.
– A tak… tak!… – śmiał się Geist. – Nawet jeden z moich przyjaciół akademików158 nazwał to „komprymowaną159 platyną”… Dobry wyraz, co? na oznaczenie metalu, którego ciężar gatunkowy wynosi 30,7 g… Oni tak zawsze. Ile razy uda im się wynaleźć nazwę dla nowej rzeczy, zaraz mówią, że ją wytłomaczyli na zasadzie już poznanych praw natury. Przepyszne osły… najmędrsze ze wszystkich, jakimi roi się tak zwana ludzkość… A to znasz? – dodał.
– No, to jest sztabka szklana – odparł Wokulski.
– Cha! cha!… – śmiał się Geist. – Weź do ręki, przypatrz się… Prawda, że ciekawe szkło?… Cięższe od żelaza, z odłamem ziarnistym, wyborny przewodnik ciepła i elektryczności, pozwala się strugać… Prawda, jak to szkło dobrze udaje metal?… Może chcesz je rozgrzać albo kuć młotem?…
Wokulski przetarł oczy. Nie ulega kwestii, że takiego szkła nie widziano na świecie.
– A to?… – spytał Geist pokazując mu inny kawałek metalu.
– To chyba stal…
– Nie sód160 i nie potas161?… – pytał Geist.
– Nie.
– Weźże do rąk tę stal…
Tu już podziw Wokulskiego przeszedł w pewien rodzaj zaniepokojenia: owa rzekoma stal była lekką jak płatek bibułki.
– Chyba jest pusta w środku?…
– Więc przetnij tę sztabkę, a jeżeli nie masz czym, przyjedź do mnie. Zobaczysz tam nierównie więcej podobnych osobliwości i będziesz mógł robić z nimi próby, jakie ci się podoba.
Wokulski oglądał po kolei ów metal cięższy od platyny, drugi metal przeźroczysty, trzeci lżejszy od puchu… Dopóki trzymał je w rękach, wydawały mu się rzeczami najnaturalniejszymi pod słońcem: cóż jest bowiem naturalniejszego aniżeli przedmiot, który oddziaływa na zmysły? Lecz gdy oddał próbki Geistowi, ogarniało go zdziwienie i niedowierzanie, zdziwienie i obawa. Więc znowu oglądał je, kręcił głową, wierzył i wątpił na przemian.
– No i cóż? – zapytał Geist.
– Czy pokazywał pan to chemikom?
– Pokazywałem.
– I cóż oni?…
– Obejrzeli, pokiwali głowami i powiedzieli, że to blaga i kuglarstwo, którym poważna nauka zajmować się nie może.
– Jak to, więc nawet nie robili prób? – spytał Wokulski.
– Nie. Niektórzy z nich wprost mówili, że mając do wyboru między pogwałceniem „praw natury” a złudzeniami własnych zmysłów, wolą nie dowierzać zmysłom. I jeszcze dodawali, że robienie poważnych doświadczeń z podobnymi kuglarstwami może obłąkać zdrowy rozsądek, i stanowczo wyrzekli się doświadczeń.
– I nie ogłaszasz pan o tym?
– Ani myślę. Owszem, ta bezwładność mózgów daje mi najlepszą gwarancję bezpieczeństwa tajemnicy moich wynalazków. W przeciwnym razie pochwycono by je, prędzej lub później odkryto by metodę postępowania i znaleziono by to, czego bym im dać nie chciał…
– Mianowicie?… – przerwał mu Wokulski.
– Znaleziono by metal lżejszy od powietrza – spokojnie odparł Geist.
Wokulski rzucił się na krześle; przez chwilę obaj milczeli.
– Dlaczegóż ukrywasz pan przed ludźmi ów transcendentalny162 metal? – odezwał się wreszcie Wokulski.
– Dla wielu powodów – odparł Geist. – Naprzód chcę, ażeby ten produkt wyszedł tylko z mojego laboratorium, choćbym nawet nie ja sam go otrzymał. A po wtóre, podobny materiał, który zmieni postać świata, nie może stać się własnością tak zwanej dzisiejszej ludzkości. Już za wiele nieszczęść mnoży się na ziemi przez nieopatrzne wynalazki.
– Nie rozumiem pana.
– Więc posłuchaj – mówił Geist. – Tak zwana ludzkość, mniej więcej na dziesięć tysięcy wołów, baranów, tygrysów i gadów, mających człowiecze formy, posiada ledwie jednego prawdziwego człowieka. Tak było zawsze, nawet w epoce krzemiennej163. Na taką tedy ludzkość w biegu wieków spadały rozmaite wynalazki. Brąz, żelazo, proch, igła magnesowa, druk, machiny parowe i telegrafy elektryczne dostawały się bez żadnego wyboru w ręce geniuszów i idiotów, ludzi szlachetnych i zbrodniarzy… A jaki tego rezultat?… Oto ten, że głupota i występek dostając coraz potężniejsze narzędzia mnożyły się i umacniały, zamiast stopniowo ginąć. Ja – ciągnął dalej Geist – nie chcę powtarzać tego błędu i jeżeli znajdę ostatecznie metal lżejszy od powietrza, oddam go tylko prawdziwym ludziom. Niech oni raz zaopatrzą się w broń na swój wyłączny użytek; niechaj ich rasa mnoży się i rośnie w potęgę, a zwierzęta i potwory w ludzkiej postaci niechaj z wolna wyginą. Jeżeli Anglicy mieli prawo wypędzić wilków ze swej wyspy164, istotny człowiek ma prawo wypędzić z ziemi przynajmniej tygrysy ucharakteryzowane na ludzi…