18+
реклама
18+
Бургер менюБургер меню

Болеслав Прус – Faraon, tom trzeci (страница 10)

18

Faraon zamyślił się.

– Musimy – odpowiedział – zaciągnąć nową pożyczkę. Porozumiej się z Herhorem i Mefresem, aby nam dały świątynie.

– Mówiłem o tym… Świątynie nic nam nie dadzą.

– Obrazili się prorocy!… – uśmiechnął się faraon. – W takim razie musimy wezwać pogan… Przyślij do mnie Dagona.

Nad wieczorem przyszedł bankier fenicki. Upadł na ziemię przed panem i ofiarował mu złoty puchar wysadzany klejnotami.

– Teraz już mogę umrzeć!… – zawołał Dagon – kiedy mój najłaskawszy władca zasiadł na tronie…

– Zanim jednak umrzesz – rzekł do klęczącego faraon – Wystaraj mi się o kilka tysięcy talentów.

Fenicjanin struchlał, czy może tylko udawał wielkie zakłopotanie.

– Niech wasza świątobliwość każe mi lepiej szukać pereł w Nilu – odparł – gdyż zginę od razu i pan mój nie posądzi mnie o złe chęci… Ale taką sumę znaleźć dzisiaj!…

Ramzes XIII zdziwił się.

– Jak to?… – spytał – więc Fenicjanie nie mają dla mnie pieniędzy?…

– Krew i życie nasze i dzieci naszych oddamy waszej świątobliwości – rzekł Dagon. – Ale pieniądze… Skąd my weźmiemy pieniędzy?…

Dawniej świątynie udzielały nam pożyczek na piętnaście lub dwadzieścia procentów54 rocznie. Lecz od czasu gdy wasza świątobliwość, jeszcze jako następca tronu, był w świątyni Hator55, tam, pod Pi-Bast, kapłani zupełnie odmówili nam kredytu.

Oni, gdyby mogli, dziś wygnaliby nas z Egiptu, a jeszcze chętniej wytępiliby… Ach, co my cierpimy z ich łaski!… Chłopi robią, jak chcą i kiedy chcą… na podatek oddają, co im z nosa spadnie… Gdy którego uderzyć, buntują się, a gdy nieszczęśliwy Fenicjanin pójdzie o pomoc do sądu, albo przegrywa sprawę, albo musi się strasznie opłacać…

Godziny nasze na tej ziemi są policzone!… – mówił z płaczem Dagon.

Faraon sposępniał.

– Zajmę ja się tymi sprawami – odparł – i sądy będą wymierzały wam sprawiedliwość. Tymczasem jednak potrzebuję około pięciu tysięcy talentów…

– Skąd weźmiemy panie?… – jęczał Dagon. – Wskaż nam, wasza świątobliwość, kupców, a sprzedamy im wszystkie nasze ruchomości i nieruchomości, byle spełnić twoje rozkazy…

Lecz gdzie są ci kupcy?… Chyba kapłani, którzy otaksują nasze majątki za bezcen i – jeszcze nie zapłacą gotowizną.

– Poślijcie do Tyru, Sydonu… – wtrącił pan. – Przecież każde z tych miast mogłoby pożyczyć nie pięć, ale sto tysięcy talentów…

– Tyr i Sydon!… – powtórzył Dagon. – Dziś cała Fenicja gromadzi złoto i klejnoty, ażeby opłacić się Asyryjczykom… Kręcą się już po naszym kraju wysłańcy króla Assara i mówią, że byleśmy składali co roku hojny okup, to król i satrapowie nie tylko nie będą nas ciemiężyli, ale jeszcze nastręczą nam większe zarobki niż te, jakie mamy dziś z łaski waszej świątobliwości i Egiptu…

Władca pobladł i zacisnął zęby. Fenicjanin spostrzegł się i dodał prędko:

– Wreszcie, co ja mam zabierać waszej świątobliwości czas moim głupim gadaniem?… Jest tu, w Memfisie, książę Hiram… On może lepiej objaśni wszystko memu panu, bo to mędrzec i członek najwyższej rady naszych miast…

Ramzes ożywił się.

– A dawajże mi tu prędzej Hirama – odparł. – Bo ty, Dagonie, rozmawiasz ze mną nie jak bankier, ale jak pogrzebowa płaczka.

Fenicjanin jeszcze raz uderzył czołem w posadzkę i spytał:

– Czy dostojny Hiram nie mógłby zaraz tu przyjść?… Prawda, że już późno… Ale on tak boi się kapłanów, że wolałby o nocnej porze złożyć hołd waszej świątobliwości…

Faraon przygryzł usta, ale zgodził się na ten projekt. Wysłał nawet z bankierem Tutmozisa, aby ten przyprowadził Hirama do pałacu tajemnymi wejściami.

Rozdział VI

Około dziesiątej wieczór stanął przed panem Hiram odziany w ciemną szatę memfijskiego przekupnia.

– Czegóż się tak skradasz, wasza dostojność?… – zapytał go niemile dotknięty faraon. – Czyliż mój pałac jest więzieniem albo domem trędowatych?…

– Ach, władco nasz! – westchnął stary Fenicjanin. – Od chwili gdy zostałeś panem Egiptu, zbrodniarzami są ci, którzy ośmielają się widywać ciebie i nie zdawać sprawy z tego, o czym raczysz mówić…

– Przed kimże to musicie powtarzać moje słowa?… – spytał pan.

Hiram podniósł oczy i ręce do góry.

– Wasza świątobliwość znasz swoich wrogów!… – odparł.

– Mniejsza o nich – rzekł faraon. – Wasza dostojność wiesz, po co cię wezwałem? Chcę pożyczyć kilka tysięcy talentów…

Hiram syknął i tak zachwiał się na nogach, że pan pozwolił mu usiąść w swojej obecności, co było najwyższym zaszczytem.

Rozsiadłszy się wygodnie i odpocząwszy, Hiram rzekł:

– Po co wasza świątobliwość ma pożyczać, kiedy może mieć duże skarby…

– Wiem, gdy zdobędę Niniwę – przerwał faraon. – To dalekie czasy, a pieniądze potrzebne mi są dziś…

– Ja nie mówię o wojnie – odparł Hiram. – Ja mówię o takiej sprawie, która natychmiast przyniesie skarbowi duże sumy i – stały roczny dochód…

– Jakim sposobem?

– Niech wasza świątobliwość pozwoli nam i pomoże wykopać kanał, który by połączył Morze Śródziemne z Morzem Czerwonym…

Faraon zerwał się z fotelu.

– Żartujesz, stary człowieku?… – zawołał. – Któż taką pracę wykona i kto chciałby narazić Egipt?… Przecie morze zalałoby nas…

– Jakie morze?… Bo chyba ani Czerwone, ani Śródziemne – spokojnie odparł Hiram. – Ja wiem, że egipscy kapłani-inżynierowie badali ten interes i wyrachowali, że to jest bardzo dobry interes, najlepszy w świecie… Tylko oni sami wolą go zrobić, a raczej nie chcą, ażeby zrobił to faraon.

– Gdzie masz dowody? – spytał Ramzes.

– Ja nie mam dowodów, ale ja przyślę waszej świątobliwości takiego kapłana, który całą sprawę objaśni planami i rachunkiem…

– Kto jest ten kapłan?…

Hiram zamyślił się i rzekł po chwili:

– Czy mam obietnicę waszej świątobliwości, że o nim nikt nie będzie wiedział oprócz nas?… On wam, panie mój, większe odda usługi aniżeli ja sam… On zna dużo tajemnic i… dużo niegodziwości kapłańskich…

– Przyrzekam – odparł faraon.

– Ten kapłan to jest Samentu… On służy w świątyni Seta pod Memfisem… On jest wielkim mędrcem, tylko potrzebuje pieniędzy i jest bardzo ambitny. A ponieważ arcykapłani poniżają go, więc on mi powiedział, że gdy wasza świątobliwość zechce, to on… to on obali stan kapłański… Bo on wie dużo sekretów… O, dużo!…

Ramzes głęboko zamyślił się. Zrozumiał, że ten kapłan jest wielkim zdrajcą, ale i oceniał, jak ważne może mu oddać usługi.

– Owszem – rzekł faraon – pomyślę o tym Samentu. A teraz na chwilę przypuśćmy, że można zbudować taki kanał: cóż ja będę miał z niego?

Hiram podniósł lewą rękę i na jej palcach zaczął rachować.

– Przede wszystkim – mówił – Fenicja odda waszej świątobliwości pięć tysięcy talentów zaległych danin…

Po drugie – Fenicja zapłaci waszej świątobliwości pięć tysięcy talentów za prawo wykonywania robót…

Po trzecie – gdy zaczną się roboty, będziemy płacili tysiąc talentów rocznego podatku i jeszcze tyle talentów, ile Egipt dostarczy nam dziesiątek robotników.

Po czwarte – za każdego inżyniera egipskiego damy waszej świątobliwości talent na rok.

Po piąte – gdy skończą się roboty, wasza świątobliwość odda nam kanał w dzierżawę na sto lat, a my będziemy płacili za to po tysiąc talentów rocznie.

Czy to są małe zyski?… – spytał Hiram.

– A teraz, a dziś – rzekł faraon – dalibyście mi owe pięć tysięcy haraczu?…

– Jeżeli dziś będzie zawarta umowa, damy dziesięć tysięcy i jeszcze dołożymy ze trzy tysiące jako podatek za trzy lata z góry…

Ramzes XIII zamyślił się. Nieraz już Fenicjanie proponowali władcom Egiptu budowę tego kanału, lecz zawsze trafiali na nieugięty opór kapłanów. Egipscy mędrcy tłumaczyli faraonom, że kanał ten narazi państwo na zalew wód od strony Morza Śródziemnego i Czerwonego.