Александр Дюма-сын – Hrabia Monte Christo (страница 58)
– Czyż nie był nim? – zapytał ksiądz.
– Kacprze, Kacprze – zawołała kobieta. – Zastanów się dobrze, nim coś powiesz.
Caderousse żachnął się niecierpliwie i nie odrzekłszy jej ani słowa, zwrócił się do księdza:
– Czy można być przyjacielem tego, którego żony pożąda się z całej siły? Edmund, złote serce, wszystkich tych ludzi uważał za przyjaciół… Biedny Edmund!… Zresztą może lepiej się stało, że nie wiedział o niczym; pewno ciężko by mu było im przebaczyć przed śmiercią… A, niech mówią, co chcą! Więcej się boję przekleństw umierających niż nienawiści żyjących – dodał Caderousse, a jego słowa były pełne surowej poezji.
– Głupiec! – oznajmiła Karkontka.
– Więc pan wiesz, co ten Fernand zrobił przeciw Edmundowi?
– Co zrobił? Pewnie, że wiem.
– Mów pan!
– Kacprze, robisz, co ci się podoba, jesteś panem swojej woli – wtrąciła kobieta – ale wierzaj mi, lepiej nic nie mów.
– Tym razem zdaje mi się, że masz rację, kobieto.
– A więc nic mi pan nie powiesz? – zapytał ksiądz.
– A po kiego licha? Gdyby chłopczyna żył jeszcze i przyszedł do mnie, żeby się wreszcie dowiedzieć, kto jest jego przyjacielem, a kto wrogiem, to co innego. Ale teraz przysypali go ziemią, jak ksiądz mówi, nie może już czuć nienawiści ani się mścić, puśćmy to w niepamięć.
– A więc wolisz pan, abym dał ludziom, których uważasz za niegodziwych i fałszywych, pieniądze przeznaczone dla wiernych przyjaciół?
– To prawda, ma ksiądz słuszność – przyznał Caderousse. – Zresztą, co by dla nich teraz znaczył ten zapis biednego Edmunda? Ot, kropla w morzu.
– Nie mówiąc już o tym, że mogą cię jednym skinieniem zetrzeć w proch – dodała Karkontka.
– Jak to? Czyżby się stali tak bogaci i potężni?
– Nie zna więc ksiądz ich historii?
– Nie, opowiedz mi pan o nich.
Caderousse zdawał się zastanawiać przez chwilę.
– E, chyba nie warto – rzekł. – Długo by opowiadać.
– Możesz milczeć, przyjacielu – rzekł ksiądz z największą obojętnością – i szanuję twoje pobudki, zresztą twoje zachowanie świadczy, że jesteś naprawdę dobrym człowiekiem, nie mówmy o tym więcej. Co miałem wykonać? Ot, to czysta formalność. Sprzedam ten diament…
To rzekłszy, wyjął pudełko z kieszeni, otworzył i zaświecił diamentem ponownie przed olśnionymi oczyma Caderousse'a.
– Chodź, zobacz, żono – rzekł chrapliwie oberżysta.
– Diament! – zdumiała się Karkontka, wstając i dość pewnym krokiem schodząc po schodach. – Co to znaczy?
– Jak to, nie słyszałaś, kobieto? To diament, który zapisał nam ten poczciwy Edmund: to jest swemu ojcu, trzem przyjaciołom – Fernandowi, Danglarsowi i mnie, no i swojej narzeczonej. Warty jest pięćdziesiąt tysięcy franków.
– Ach, jaki piękny – rzekła.
– Więc piąta cześć tej sumy należy do nas? – spytał Caderousse.
– Tak, a poza tym jeszcze część należąca do ojca Edmunda, myślę bowiem, że mam prawo rozdzielić ją między was czworo.
– Dlaczego między czworo? – spytała Karkontka.
– Ponieważ wszyscy czworo byliście przyjaciółmi Edmunda.
– Aha, przyjaciele, co zdradzają – ponuro mruknęła Karkontka.
– Tak, tak – rzekł Caderousse – i to przecież też mówiłem. Toż to profanacja, świętokradztwo wynagradzać zdrajców, a może nawet zbrodniarzy.
– Sam pan tego chciałeś – odrzekł spokojnie ksiądz, chowając diament do kieszeni. – A teraz powiedz mi pan, pod jakim adresem mam szukać przyjaciół Edmunda, abym mógł wykonać jego ostatnią wolę.
Pot spływał grubymi kroplami z czoła Caderousse'a; ksiądz wstał, podszedł do drzwi, aby popatrzeć na konia.
Caderousse i jego żona wpatrywali się w siebie z wyrazem trudnym do opisania.
– Cały diament byłby nasz – szepnął Caderousse.
– Tak myślisz – odpowiedziała żona.
– Przecież to osoba duchowna, nie oszuka nas.
– Czyń, co ci się podoba – rzekła Karkontka – ja się w to nie chcę wtrącać.
I cała dygocząc, zaczęła wspinać się po schodach; zęby jej szczękały, chociaż upał był nie do wytrzymania. Zatrzymała się na chwilę na ostatnim stopniu.
– Zastanów się dobrze, Kacprze – rzekła.
– Wiem dobrze, co mam robić – odparł Caderousse.
Karkontka westchnęła i poszła do swej izby, podłoga skrzypiała pod jej nogami, zanim zbliżyła się do fotela i ciężko nań upadła.
– Cóż więc postanowiłeś? – spytał ksiądz.
– Opowiem księdzu wszystko – odpowiedział Caderousse.
– Sądzę, że w istocie tak będzie najlepiej – rzekł ksiądz. – Nie dlatego, bym chciał koniecznie dowiedzieć się o jakichś sekretach; ale będzie dobrze, jeżeli możesz mi pomóc w podziale spadku zgodnie z życzeniem zmarłego.
– Mam taki zamiar – odpowiedział Caderousse z twarzą rozpłomienioną nadzieją i chciwością.
– Słucham – rzekł ksiądz.
– Niech ksiądz chwilkę zaczeka. Ktoś mógłby nam przeszkodzić w najbardziej zajmującym miejscu, a szkoda byłoby; zresztą po co ma kto wiedzieć, żeś tu był.
Podszedł do drzwi oberży, zamknął je, a nawet dla większego bezpieczeństwa zasunął sztabę, która broniła ich nocą.
Ksiądz zaś wybrał sobie najdogodniejsze miejsce; usiadł w kącie, tak że sam znajdował się w cieniu, podczas gdy na twarz karczmarza, dla którego miejsce było naprzeciw, musiało padać światło. Z pochyloną głową, złożywszy, a raczej skrzyżowawszy ręce, przygotowywał się do słuchania z jak największą uwagą.
Caderousse przysunął zydel i usiadł naprzeciw.
– Pamiętaj, że cię do tego nie namawiałam! – odezwał się głos drżący Karkontki, jakby mogła poprzez podłogę widzieć, co się zaczyna.
– Dobrze, dobrze – rzekł Caderousse. – Nie mówmy już o tym, biorę wszystko na siebie.
I zaczął mówić.
27. Opowiadanie
– Przede wszystkim, proszę księdza, chciałbym prosić, aby ksiądz obiecał mi jedno.
– Co takiego? – zapytał ksiądz.
– Żeby, jeżeli kiedykolwiek zechce ksiądz uczynić jakiś użytek z tego, co zaraz opowiem, nie powiedział ksiądz nikomu, że te wiadomości pochodzą ode mnie; osoby, o których mam mówić, są tak bogate i potężne, że gdyby chciały mnie tknąć końcem palca, zgniotłyby mnie na proch.
– Bądź spokojny, przyjacielu – rzekł ksiądz. – Jestem kapłanem i wszelkie ludzkie wyznania giną na zawsze w moim sercu. Przypomnij sobie, że mamy tylko jeden cel – wypełnić sprawiedliwie ostatnią wolę naszego przyjaciela. Mów pan więc, nie oszczędzając nikogo, ale i bez nienawiści; mów prawdę, samą prawdę, nic więcej. Nie znam i pewnie nigdy nie będę znać ludzi, o których masz mówić; zresztą jestem Włochem, nie Francuzem; służę Bogu, a nie ludziom i niebawem wracam do klasztoru, który opuściłem tylko po to, aby wypełnić ostatnie życzenie umierającego.
Ta stanowcza obietnica podniosła nieco na duchu Caderousse'a.
– No cóż, w takim razie – powiedział – chcę więc, a nawet uważam, że powinienem to zrobić, chcę wyprowadzić księdza z błędu co do tych mniemanych przyjaciół, których Edmund uważał za tak mu oddanych.
– Zacznijmy od jego ojca – poprosił ksiądz. – Edmund tyle mi mówił o nim, tak głęboko go kochał…
– O, to smutna opowieść – rzekł Caderousse, kiwając głową. – Zna ksiądz pewnie jej początek?
– Tak. Edmund opowiedział mi wszystko aż do chwili, gdy został aresztowany w jakiejś oberży pod Marsylią.