Александр Дюма-сын – Hrabia Monte Christo (страница 44)
– Cóż, przyjacielu – rzekł Faria z rezygnacją. – Rozumiesz, co się dzieje, prawda? Nie muszę ci tłumaczyć.
Edmund krzyknął boleśnie i tracąc zupełnie głowę, rzucił się do drzwi, wołając:
– Na pomoc! Na pomoc!
Faria miał jeszcze tyle siły, że zdołał chwycić go za rękę.
– Cicho – rozkazał – albo zginiesz. O tobie teraz tylko powinniśmy myśleć, aby ci uczynić więzienie znośniejszym lub umożliwić ci ucieczkę. Potrzebowałbyś wielu lat, aby zrobić ponownie to, co ja tu zrobiłem, a co mogło być stracone w jednej chwili, gdyby się dozorcy dowiedzieli o naszych zamiarach. Nie smuć się zresztą; loch nie pozostanie po mnie długo pusty – gdy umrę, inny biedak zajmie moje miejsce. I pojawisz się przed nim jak anioł pocieszyciel. Może będzie silny, młody i cierpliwy jak ty, i będzie mógł ci pomóc w ucieczce, podczas gdy ja ci tylko przeszkadzałem. Nie będziesz miał już uczepionego do siebie półtrupa, co ci paraliżuje wszystkie ruchy. Bóg wreszcie chce coś dla ciebie zrobić; daje ci więcej, niż odbiera, i już czas, żebym umarł.
Edmund zdołał tylko załamać ręce i krzyknął:
– O mój przyjacielu, nie mów tak!
I wreszcie, odzyskując siły osłabione tak nagłym ciosem i odwagę odjętą słowami starca, rzekł:
– Jeśli raz już księdza ocaliłem, ocalę i drugi.
Podniósł nogę od łóżka i wydobył z niej flakonik, nadal napełniony do jednej trzeciej uzdrawiającym płynem.
– Proszę, niech ksiądz zobaczy, jeszcze mamy dużo tego zbawiennego płynu. Prędzej, prędzej, niech mi ksiądz mówi, co mam teraz robić. Czy tym razem są jakieś nowe wskazania? Niechże ksiądz mówi!
– Nie ma żadnej nadziei – odpowiedział Faria, potrząsając głową – ale mniejsza o to; Bóg, stwarzając człowieka i zakorzeniając w jego sercu tak ogromną miłość do życia, życzy sobie widać, aby człowiek czynił wszystko, co możliwe, aby to życie zachować – choćby i trudne, ale zawsze tak cenne.
– O tak, tak – zawołał Dantès. – I mówię, że uratuję księdza!
– Dobrze, próbuj więc! Zimno mnie już ogarnia, czuję, że mi krew napływa do mózgu, już mną trzęsie to okropne drżenie, które powoduje, że szczękają mi zęby, kości wydają się pękać, w pięć minut choroba owładnie mną całkiem, za kwadrans będę już trupem.
– Och! – krzyknął Dantès, przepełniony rozpaczą.
– Zrobisz tak samo jak poprzednio, tylko nie czekaj tak długo. Wszystkie mechanizmy życia działają już we mnie słabiej, a śmierć – dodał, wskazując na sparaliżowane ramię i nogę – będzie miała tylko połowę roboty. Jeżeli wlejesz dwanaście kropel płynu i przekonasz się, że nie odzyskuję przytomności – wtedy wlej całą resztę. Teraz zanieś mnie na łóżko, bo się nie mogę utrzymać o własnych siłach.
Edmund wziął na ręce starca i ułożył go na łóżku.
– Teraz, przyjacielu – rzekł Faria – jedyna pociecho mojego nędznego życia, którą mi Bóg zesłał wprawdzie trochę późno, ale jednak zesłał, ty mój darze nieoceniony, za który Mu dziękuję – gdy się mam z tobą rozstać na wieki, życzę ci szczęścia, i wszelkiego dobra, jakiego jesteś godny. Błogosławię cię, synu!
Młodzieniec padł na kolana, opierając głowę o łóżko.
– Ale posłuchaj jednak tego, co ci w tej ostatniej chwili powiem. Skarb Spadów istnieje. Bóg pozwolił teraz, że nie ma dla mnie w tej chwili ani odległości, ani przeszkody. Widzę ten skarb w głębi drugiej groty – mój wzrok przenika już głębie ziemi, razi mnie blask tych bogactw. Jeżeli uwolnisz się stąd, pamiętaj, że stary ksiądz, którego wszyscy mieli za szaleńca, nie był nim. Jedź na Monte Christo, używaj naszej fortuny, wykorzystaj ją – boś dosyć wycierpiał.
Gwałtowne konwulsje przerwały mowę starcowi. Dantès podniósł głowę i ujrzał, że oczy zachodzą mu czerwienią, wyglądało to tak, jakby fala krwi sięgnęła mu z piersi na twarz.
– Żegnaj! Żegnaj! – jęknął Faria, z konwulsyjnym drżeniem chwytając młodzieńca za rękę. – Żegnaj!
– Jeszcze nie, jeszcze nie – zawołał Edmund. – Nie opuszczaj mnie. O Boże, pomóż! Ratunku, do mnie!
– Cicho, cicho – szeptał konający – żeby nas nie rozłączyli, jeżeli mnie ocalisz.
– Prawda. Och, tak, tak, niech ksiądz będzie spokojny; uratuję księdza. Zresztą zdaje mi się, że chociaż bardzo ksiądz cierpi, to jednak daleko mniej niż za pierwszym razem.
– Ach, nie łudź się! Mniej cierpię, bo mam mniej siły, żeby cierpieć. W twoim wieku można mieć wiarę w życie – to przywilej i cecha młodości – wierzyć i mieć nadzieję; ale starzy widzą śmierć wyraźniej. Och, oto ona… nadchodzi… to już koniec… wzrok mi gaśnie… rozum się miesza… – daj mi rękę, Edmundzie… żegnaj.
I czyniąc ostatni wysiłek, którym zebrał całą swoją siłę, podniósł się:
– Monte Christo! Nie zapominaj o Monte Christo.
I opadł na łóżko.
Ten napad był potworny: powykręcane członki, nabrzmiałe powieki, krwawa piana, bezwładne ciało – tyle pozostało na tym łożu boleści z istoty rozumnej, która przed chwilą jeszcze tu leżała. Dantès chwycił lampkę, postawił u wezgłowia; pełgające światło rzucało dziwny, fantastyczny poblask na tę zniekształconą twarz, ciało nieruchome i skurczone.
Z oczyma wlepionymi w księdza młodzieniec czekał na chwilę, w której miał zacząć ratunek. Gdy wydało mu się, że już nadszedł ten moment, wziął nóż, rozwarł zęby, co mu teraz przyszło z mniejszą trudnością niż za pierwszym razem, odliczył dwanaście kropel płynu i czekał; flaszeczka zawierała drugie tyle mikstury. Czekał dziesięć minut, kwadrans, pół godziny – ksiądz nie poruszył się. Drżący, ze zjeżonymi włosami, oblany zimnym potem, liczył sekundy po biciu własnego serca.
Wreszcie pomyślał, że nadeszła już chwila powtórnej i ostatniej próby; zbliżył flaszeczkę do posiniałych ust Farii i nie potrzebując już podważać szczęk, bo pozostały rozchylone, wlał resztę płynu. Lekarstwo wywarło elektryzujący skutek: gwałtowny skurcz wstrząsnął całym ciałem starca, otwarły się oczy, ale ich widok przerażał; wyrwało mu się z piersi westchnienie podobne do rzężenia; potem to rozedrgane ciało zaczęło wracać do pierwotnego bezruchu.
Tylko oczy pozostały otwarte.
Upłynęło pół godziny, godzina, półtorej. Przez te półtorej godziny Edmund pochylony nad przyjacielem słuchał z trwogą, przyłożywszy mu dłoń do piersi, jak zamierało z wolna coraz głuchsze i odleglejsze bicie serca, czuł, jak stopniowo stygło ciało. Znikły wreszcie ostatnie ślady życia, ucichło echo ostatniego uderzenia serca, twarz zsiniała, zmatowiały otwarte oczy.
Była już szósta, dzień zaczął już przenikać do lochu, blade światło, które zalało celę, przyćmiło gasnące światło lampki. Dziwne refleksy światła przemykały po twarzy trupa i nadawały mu chwilami pozory życia. Dopóki trwała ta walka dnia z nocą, Dantès mógł jeszcze wątpić, ale skoro tylko zajaśniał dzień, pojął, że jest sam na sam z trupem.
Wówczas ogarnął go okropny, nieprzezwyciężony strach; nie śmiał teraz dotykać tej dłoni, zwieszonej z łóżka, nie śmiał patrzeć w te nieruchome zbielałe oczy, których nie mógł przymknąć, bo same się otwierały. Zgasił lampkę, ukrył ją starannie i uciekł, nasuwając z trudem płytę na otwór nad głową.
Zresztą był już czas po temu, zbliżał się dozorca.
Tym razem zaczął odwiedziny od celi Dantèsa; następnie miał udać się do lochu Farii ze śniadaniem i czystą bielizną.
Wyszedł; nic nie wskazywało, że ów człowiek wie, co się tam wydarzyło.
Wtedy niewymowna ciekawość ogarnęła Dantèsa, by dowiedzieć się, co też się będzie działo w celi nieszczęśliwego księdza; wczołgał się więc do podkopu i dotarł do jego wylotu w samą porę, by usłyszeć, jak dozorca woła na pomoc. Wkrótce nadeszli inni dozorcy, potem dały się słyszeć owe ciężkie i jednostajne kroki tak właściwe żołnierzom, nawet gdy nie są na służbie. Potem nadszedł komendant.
Edmund usłyszał skrzypienie łóżka, na którym poruszano ciałem; słyszał głos komendanta, który rozkazywał oblać księdzu twarz zimną wodą, a widząc, że ten środek nie poskutkował, posłał po lekarza.
Komendant wyszedł, do uszu Dantèsa dotarło jeszcze kilka słów współczucia, zmieszanych z szyderstwami i śmiechami.
– No, idźmy już – odezwał się ktoś. – Przecież ten wariat poszedł po swoje skarby, szczęśliwej mu drogi.
– Ale i tak z tymi swoimi milionami nie będzie miał czym zapłacić za trumnę – rzekł drugi.
– Ech, trumny na zamku wcale tyle nie kosztują!
– Może będą mieli dla niego jakieś względy; przecież to osoba duchowna.
– Pewnie, uhonorują go workiem.
Edmund słuchał i nie tracił ani słowa, ale też niewiele rozumiał.
Na koniec głosy umilkły i wydało mu się, że dozorcy wyszli z celi.
Nie wszedł tam jednak: przy zmarłym mógł przecież czuwać któryś z dozorców. Został więc na miejscu milczący, bez ruchu, wstrzymując nawet oddech.
Po godzinie przerwy słaby odgłos zakłócił ciszę i jął narastać.
Powrócił komendant, a z nim przyszedł lekarz i kilku oficerów.
Nastąpiła chwila milczenia; to na pewno lekarz przystąpił do łóżka i oglądał zmarłego.
Wkrótce dały się słyszeć pytania. Lekarz rozpoznał chorobę, która dotknęła starca i oświadczył, że ksiądz nie żyje.
W padających pytaniach i odpowiedziach wyczuć można było lekceważenie, które oburzyło Edmunda. Wydawało mu się, że cały świat powinien odczuwać choć część tej sympatii, jaką darzył biednego księdza.
– Nie cieszy mnie to bynajmniej – rzekł komendant w odpowiedzi na oświadczenie lekarza, że starzec rzeczywiście zmarł – to był bardzo łagodny więzień, bawił nas swoim bzikiem, a i łatwo go było strzec.